Archiwum 2010-2011

Katyń

Rzecz działa się w listopadzie 2006 roku. Najpierw chcieli w środku tygodnia, ale miałem nową pracę, więc odmówiłem. Następnie zadzwonili w piątek z pytaniem o sobotę.

— Czy nie chciałby pan zagrać roli laboranta w najnowszym filmie Andrzeja Wajdy, „Post mortem”? — spytała pani z impresariatu. Wcześniej kręcili sceny zbiorowe, można więc powiedzieć, iż dobrze wyszedłem na tej zwłoce.

Nie miałem zajęć w tamten weekend, więc się zgodziłem. Tego samego dnia jeszcze, po pracy pojechałem najpierw podpisać umowę na Rynek, gdzie się upociłem w tłumie innych oczekujących na podpisanie umowy, a następnie z wywieszonym jęzorem poleciałem na Dolnych Młynów, gdzie była gigantyczna garderoba urządzona w dawnych budynkach Zakładów Przemysłu Tytoniowego. Dobrali mi zajebiste oficerki do bryczesów i takiej kurteczki myśliwskiej, ale pani od ubrań stwierdziła:

— Wygląda jak Bawarczyk.

Faktem było — miałem na głowie jasny blond wtedy. Ostatecznie ubrali mnie bardziej nijako.

— Jak buty? — padło pytanie.

— Luźne — odpowiedziałem.

Starsza pani kostiumolog podeszła i dobrotliwie powiedziała: — To się pan cieszy, bo na planie filmowym najczęściej są trochę za ciasne, więc jak pan ma luźne, to jest pan szczęściarzem.

Kiedy oddawałem te rzeczy na przechowanie do następnego dnia, zagadnąłem jednego z kolesi, czy będzie ktoś znany grał w jutrzejszej scenie. Gość patrzył na mnie badawczo przez chwilę.

Krzysztofa Globisza kojarzysz? — spytał w końcu.

— No baa… „Anioł w Krakowie” — odparłem.

— No, to on będzie.

Następnego dnia wczesna pobudka. Dzień zdjęciowy trwa od 6:00 do 22:00. Ubrali nas do filmu, zawieźli na Mały Rynek i tak sterczeliśmy na zimnie do 9:00, zabijając czas opowieściami studentów chemii — którzy rzekomo bardziej nadawali się na laborantów od studentów informatyki, stąd byłem jedynym reprezentantem tej zacnej grupy — o środkach wybuchowych, o pracy na Alasce w wakacje, o tym, że do „Nie do wiary” wynajmują ludzi, którz potem opowiadają, że mieli kontakt z duchem, o nerwowych ochroniarzach na planach filmowych itp. W międzyczasie w tym kampusie wozów kempingowych pojawił się Andrzej Chyra, co mnie zaskoczyło. Dopiero po chwili zrozumiałem, że macher od kostiumów bał się widocznie, iż jeszczem gotów ściągnąć papparazi albo coś w tym stylu, więc postanowił rzucić nieznanym, jak sądził, nazwiskiem Globisza.

Zaczęli nas brać po kolei do charakteryzacji. Bałem się trochę, że w ostatniej chwili ktoś zauważy, że mój blond jest nienaturalnie żółty i każą spierdalać, ale zupełnie im to nie zmąciło spokoju, nawet wtedy kiedy na pytanie, czy coś robiłem z włosami, odparłem, że rozjaśniałem. Pani mnie ogoliła na brodzie, a następnie tzw. żelazkiem — czymś w rodzaju prostownicy, tylko służącej do robienia falowanych włosów — powykręcała mi fryzurę. Wszyscy wyglądaliśmy, jak nasi dziadkowie i babcie. Nawet w oczekiwaniu na busa zaczęliśmy rozważać kwestię — udać się do „Stylowej” czy „Ermitażu”?

Zawieźli nas na ulicę Kopernika, do budynku UJ-otu. A tam okazało się, że salka, gdzie nagrywają, jest mała i z ośmiu osób najprawdopodobniej część wróci do domu bez grania. Na szczęście — dla mnie — odpadły kobiety. Wzięli nas do pomieszczenia nagrań i wyjaśnili, co mamy robić. Nosić skrzynię pełną dokumentów. Tak naprawdę pustą. Okazało się, że laboranci wkładają teczki do skrzyń, więc studentem chemii do tego nie trzeba być. Najbardziej byłem zdziwiony faktem, iż pomimo, że było już chyba południe, to Andrzeja Wajdy ni chuchu, nie ma nigdzie. Naszym opiekunem, jak i całego planu był taki łysy koleś. On nam mówił, co mamy robić, znaczył taśmą, gdzie stali aktorzy, by potem ich w tym samym miejscu ustawić, zawiadywał oświetleniem itd. Innymi słowy — robił to, o co podejrzewałem reżysera.

Mistrz Wajda przybył w beretce chyba i na plan nawet nie spojrzał specjalnie. Pamiętam, staliśmy na zapleczu, skąd mieliśmy wyjść po naszą skrzynię, razem z Krzysztofem Globiszem, który pod oknem powtarzał sobie rolę, kiedy w drzwiach pojawiła się siwa głowa Mistrza. — Dzień dobry — powiedzieliśmy do niego, lecz on nas ledwie zauważył. Coś odburknął i porwał Krzysztofa Globisza, z którym wespół z Andrzejem Chyrą, Krystyną Zachwatowicz oraz jakimś mniej znanym aktorem omawiali scenę przez kolejne dwie godziny.

Wreszcie jest, ruszyli. Mistrz Wajda był się zmył do drugiego pomieszczenia, gdzie miał wielką plazmę, na której wszystko oglądał i tylko krzyczał stamtąd: „Akcja!”, „Stop!” lub „Powtarzamy!”. I to tyle wielkiego mistrza polskiego kina, resztę odwala cała ekipa.

Przed każdym zdjęciem przychodził gość z takim czarnym pudełkiem, z którego się kopcił dym i robił zadymę taką, że prawie nic nie było widać. Kolega-chemik zaczął wypytywać o to. Okazało się, że dym sprawia, że światło lepiej rozchodzi się na filmie. Poza tym jest bardziej gęsto w pomieszczeniu i to, co w tle, szybciej się rozmywa, co ułatwia oglądanie potem. Inaczej wszystko byłoby ostre. (Podobno w technologii HD nie działa to już tak wspaniale, ponieważ… widać dym). Kolega-chemik wyciągnął jeszcze, że to najzwyklejsza parafina. Kiedy zaczęli rozmawiać o suchym lodzie, wyłączyłem się.

Zaczęła się nasza rola. Dwóch kolegów w tle wkłada teczki do skrzyń, a ja z takim drugim wchodzimy i bierzemy jedną niby cięższą i wychodzimy z nimi wszyscy wężyka. Dowcip polegał na tym, że po pierwsze — nasza skrzynia była pusta, a koledzy sobie naładowali tam nie wiadomo ile teczek, a po drugie — musieliśmy do końca powtarzać to w takim samym ustawieniu. Potem koledzy-chemicy już nie byli tacy szczodrzy z teczkami. W międzyczasie oczywiście miała miejsce dość ujmująca scena, gdy aktorzy wygłupiali się dla rozluźnienia, a ja niespodziewanie dla siebie mogłem oglądać Andrzeja Chyrę — mojego ulubionego polskiego aktora i chyba jednego z najlepszych w ogóle — przy pracy. To jest już coś. Imponujące jest to, że oni potrafią przez ileś godzin powtarzać 5-minutową scenkę i wciąż tak samo to robią.

Statystowanie było to moje niepierwsze, ale wcześniej robiłem za agresywnego bezdomnego w „W11” oraz studenta Akademii Rolniczej w „Detektywach” (kiedy to z kolei miałem okazję obejrzeć sobie z bliska Kobietę, Która Się Nigdy Nie Uśmiecha, jak ją ktoś kiedyś nazwał, a przez którą w ogóle zwracałem uwagę na coś takiego, jak „Detektywi”). I tam wygląda to banalnie, przychodzi się na plan, czasem dadzą jakiś ciuch — też, prawda, nie zawsze — chwilę się stoi (czasem tylko 20 minut), a potem spadówa do domu. Ale nie tu, nie w filmie o takim budżecie. Najpierw z jednego ujęcia. Ucieszyłem się, że koniec. No to z drugiego. Radość mniejsza. Trzeciego. Skończyli. Już się zbieram, kiedy słyszę: „Teraz zbliżenia robimy”. Zawsze myślałem, że zbliżenia kręci się jednocześnie z normalnym nagraniem, tylko drugą kamerą. Okazało się, że to jest dodatkowa seria dokrętek. No a my wciąż z tą skrzynią. Tam i nazad. Po drodze proponowałem nawet, że raz przejdziemy na odwrót (tj. ja z przodu skrzyni, kolega z tyłu), ponieważ widzowie na całym świecie lubią potem wyłapywać takie smaczki, lecz łysy nie był tak entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu.

A w pewnym momencie — nahle! — Mistrz Wajda ubrał beretkę i wyszedł. Był apluaz dla Krzysztofa Globisza, bo to był jego ostatni dzień i zmyliśmy się. Jeden z kolegów nie zagrał, choć siedział do końca, bo się go komuś zrobiło żal i postanowili go umieścić w ostatnim nagrywanym ujęciu w tle, ale psuł kompozycję, więc wyleciał ostatecznie. I tak to jest — bardziej przygoda niż zarobek. Za cały dzień było 87 zł (dla porównania — 20 minut w W11 kosztuje 50 zł, chyba że gra się trupa). No ale nie żałuję, cathering był i mogłem zobaczyć mojego ulubionego aktora w akcji, czegoż chcieć więcej?

Od tamtej pory, końca listopada, zmienili tytuł na „Katyń”), a ja nie wiem, czy mnie nie wycięli, ponieważ nie mogę znaleźć się na żadnych fotosach. Jakby co, przechodziłem między Chyrą i Globiszem ze skrzynią.

PS Jak się niestety okazało potem, wyciął mnie mistrz Wajda. Właściwie, jak się tak zastanawiam, to musieli kręcić wszystko od nowa, ponieważ nasze przejście było dość integralnie wkomponowane w scenę (to oznacza kolejne brawa dla Krzysztofa Globisza za drugi ostatni dzień zdjęciowy). Pewnie nigdy się już nie dowiem, czy poszło o ciemne odrosty do kanarkowych włosów. Myślę, że za podniesienie montażowej ręki na mnie los pokarał tego zacnego twórcę brakiem Oscara później. No cóż, z agentami losu się nie zadziera. Niechaj będzie to dla wszystkich nauką na przyszłość.

Kraków, 8 października 2007
(nieznacznie przeredagowane 24 kwietnia 2010)