Krazov

To nie musiało się tak skończyć. Rzecz w tym, że właśnie tak się skończyło


Dancin' with Omega

— Prawie spóźniÅ‚abym siÄ™ na samolot. WÅ‚aÅ›ciwie nie mogÄ™ uwierzyć, ze tu jestem — powiedziaÅ‚a w tramwaju.

— Jak to? — spytaÅ‚em.

— PoÅ‚ożyÅ‚am zbyt wiele wiary w ludziach. Kolega zaproponowaÅ‚, ze mnie odwiezie samochodem na lotnisko. SpotkaliÅ›my siÄ™ popoÅ‚udniu. Z jego obliczeÅ„ wynikaÅ‚o, ze mamy jeszcze sporo czasu, wiÄ™c poszliÅ›my na spacer i na lunch. Kiedy trzeba byÅ‚o, wsiedliÅ›my do samochodu i wyruszyliÅ›my. Nie minęło 10 minut, a kolega mówi "Oops, nie spodziewaÅ‚em siÄ™ tutaj korków". I jeszcze dodaje, ze może pociÄ…giem pojadÄ™ na lotnisko. Ale wiesz, na pociÄ…g tez trzeba dojechać. Próbujemy przebić siÄ™ przez północny Londyn ale wszÄ™dzie korki. No to metrem, i tak jedziemy w stronÄ™ stacji. Telefon na infolinie kolejowa — za siedem minut pociÄ…g, a kolejnym nie zdążę. Niewykonalne. No to mu mówiÄ™, ze jedyna szansa, żeby zdążyć, to jazda samochodem.

— Hehe.

— Ale wÅ‚aÅ›nie, tutaj wychodzÄ… różnice miÄ™dzy nacjami, bo kolega spytaÅ‚: "A daleko masz z Warszawy do Krakowa?". OdpowiedziaÅ‚am, że "Nie, 2,5 pociÄ…giem", po czym sobie uÅ›wiadomiÅ‚am po co pyta i dodaÅ‚am: "No coÅ› ty, zdążymy!".

— Trzeba byÅ‚o jechać autobusem. Omija ciÄ™ jetlag.

— Nie, dziÄ™ki. ZdążyliÅ›my w ostatniej chwili, chociaż i tak byÅ‚y nieźle, bo zmienili zasady odprawy. ZaczepiaÅ‚am wszystkich w koszulkach linii z tekstem "I need help!" — szósta osoba mi pomogÅ‚a. I wiesz, nawet nie sprawdzali mi z tego zamieszania nadbagażu! Ale mój kolega to jest dziwny...

— Anglicy sÄ… dziwni — przerwaÅ‚em jej.

— Ale on nie jest anglikiem.

Cholera, pomyślałem, pewnie jakiś Hindus.

— A kim? — spytaÅ‚em.

— Jest z Nowej Zelandii. Dlatego siÄ™ nie spieszy — odpowiedziaÅ‚a.

— Oni też sÄ… dziwni — odrzekÅ‚em niezrażony. Jak tak pomyÅ›leć, każdy jest na swój sposób dziwny. — A dlaczego jest dziwny?

— Nie wyprzedza! A ma sportowy samochód. Ja jeżdżę raz na miesiÄ…c, a wyprzedzam.

— A ja go rozumiem. WidziaÅ‚aÅ› nowe auta? Aerodynamiczne blaszane fasolki bez polotu. Te sportowe przynajmniej jakoÅ› wyglÄ…dajÄ…. Też planujÄ™ nie wyprzedzać. Ale no wÅ‚aÅ›nie, to jest to — mam afgaÅ„skie poczucie czasu. Wiesz co siÄ™ robi pierwsze po przybyciu do Afganistanu?

— Nie.

— Wyrzuca siÄ™ zegarek, ponieważ najmniejszÄ… jednostkÄ… pomiaru czasu, a to i tak w ekstremalnych sytuacjach jest jeden dzieÅ„. Umawiasz siÄ™ z AfgaÅ„czykiem i przyjeżdżasz do niego, a sÅ‚użący ci mówiÄ…: "Pana nie ma w domu", wiÄ™c przez kilka dni żyjesz na jego koszt. Bo on przyjedzie. PowiedziaÅ‚, że przyjedzie, to przyjedzie. PusztuÅ„ski honor.

— Gdzie o tym czytaÅ‚eÅ›?

— W "Modlitwie o deszcz" Wojciecha Jagielskiego. Afganistan to ciekawy kraj. Wszystkie mocarstwa sobie Å‚amaÅ‚y na tym kraju zÄ™by. Najpierw Wielka Brytania, potem ZSRR w latach 80. Teraz Ameryka i ONZ siedzÄ…, a jest coraz gorzej. No i wracajÄ…c do jazdy samochodem, to po co siÄ™ spieszyć? I tak dojadÄ™ gdzie trzeba.

— Tak sobie myÅ›lÄ™, że może miaÅ‚am nie zdążyć na tamten samolot. Chyba bym zostaÅ‚a.

— GdybyÅ› miaÅ‚a nie zdążyć, to byÅ› nie zdążyÅ‚a. Tak to dziaÅ‚a. W książce "To nie jest kraj dla starych ludzi" jest trochÄ™ dÅ‚uższa rozmowa Chigurha z CarlÄ… Jean. Kiedy Chigurh ma jÄ… zabić, ta mówi, że to nie musiaÅ‚o siÄ™ tak skoÅ„czyć. On wtedy odpowiada, że ludzie zawsze tak mówiÄ…, że to nie musiaÅ‚o siÄ™ tak skoÅ„czyć. "Rzecz w tym, że wÅ‚aÅ›nie tak siÄ™ skoÅ„czyÅ‚o." Poza tym... przeznaczenia tak Å‚atwo nie oszukasz.

— Nie, po prostu walczyÅ‚am do koÅ„ca.

— Przeznaczenie powinno wiedzieć, że jesteÅ› twardÄ… sztukÄ….

W tym momencie ludzie zaczęli masowo wysiadać z tramwaju. Kiedy było pusto, powiedziała:

— Chodź, jedziemy, gdzie siÄ™ da.

Po chwili siedzienia w pustym tramwaju przyszedł jednak motorniczy.

— Wysiadać! — zaczÄ…Å‚ krzyczeć.

— CoÅ› by powiedziaÅ‚ dlaczego nie jedzie — żachnÄ…Å‚em siÄ™ już na zewnÄ…trz, po czym zażartowaÅ‚em: — Widzisz, przeznaczenie nie chce, byÅ› udaÅ‚a siÄ™ do biblioteki.

— Idziemy na nogach — zaproponowaÅ‚a.

— E nie, zaraz coÅ› podjedzie. Mam taki dar, podjeżdża mi to, co potrzebujÄ™. Nie potrafiÄ™ tego wyjaÅ›nić.

— A ty wierzysz w przeznacznie? Ja wierzÄ™ w los.

— Przecież to jest to samo.

— Nie, przeznaczenie jest zapisane i niezmienne, a los może być odmieniony.

— Karma też może być odmieniona.

— Karma to wskazówka jak czÅ‚owiek zmierza, los — dokÄ…d może zmierzać. Wiara w przeznaczenie jest wygodna, ponieważ Å›ciÄ…ga z nas obowiÄ…zek starania siÄ™. Po co siÄ™ starać, skoro i tak wszystko jest zapisane?

Po dwóch niepasujących nam tramwajach podjechał w końcu ten upragniony.

— Poza tym — kontynuowaÅ‚a już w tramwaju — z karmÄ… to jest trochÄ™ tak, że też nie ma siÄ™ po co starać.

— Tylko karma nie funkcjonuje na zasadzie: dzisiaj byÅ‚em dobry, dzisiaj spotkaÅ‚a mnie nagroda. Pewne decyzje majÄ… rozciÄ…gniÄ™te w czasie konsekwencje.

— No i dobrze, jesteÅ› dobry i spotyka ciÄ™ kara. Dlaczego?

— Widocznie coÅ› przeskrobaÅ‚em w poprzednim wcieleniu.

— A Hiob? Nic nie zrobiÅ‚ i spotkaÅ‚o go cierpienie.

— WolaÅ‚bym nie mieszać ze sobÄ… religii.

— Ale ja dyskutujÄ™ ponad podziaÅ‚ami religijnymi.

— Hiobem zagraÅ‚y w kosmiczny zakÅ‚ad dwie siÅ‚y. Nie da siÄ™ tÅ‚umaczyć jednej religii drugÄ….

— No ale on byÅ‚ dobry. Ty wiesz, ze zagraÅ‚y dwie siÅ‚y. On mógÅ‚by równie dobrze wierzyć w karmÄ™. I co?

— Co to jest "dobro"?

— No wÅ‚aÅ›nie.

— ByÅ‚o takie zadanie dla uczniów zen. Wyobraź sobie takÄ… sytuacjÄ™: idzie mnich przez las i widzi kicajÄ…cego zajÄ…ca. ChwilÄ™ potem idzie myÅ›liwy i pyta, czy mnich nie widziaÅ‚ dokÄ…d udaÅ‚ siÄ™ zajÄ…c. I teraz: mnich nie może skÅ‚amać, bo zÅ‚amie swoje przykazania, ale jeżeli powie prawdÄ™, to myÅ›liwy zabije zajÄ…ca.

— Może odmówić odpowiedzi.

— Zapewne — odparÅ‚em trochÄ™ zaskoczony, ponieważ te wszystkie podrÄ™czniki od zen nie analizowaÅ‚y tego wariantu. Grunt to siÄ™ nie poddawać. — Ale ryzykujesz tym, że myÅ›liwy pójdzie tam, gdzie zajÄ…c.

— ZajÄ…c już ma przewagÄ™. MyÅ›liwy jeszcze musi siÄ™ zapytać.

— Ma strzelbÄ™.

— Może myÅ›liwy jest chory i potrzebuje jedzenia?

— Nie wiesz tego. JesteÅ› w lesie i widzisz zajÄ…ca, a zaraz za nim myÅ›liwego. Może myÅ›liwy jest chory, ale w tym przypadku sytuacja jest taka: myÅ›liwy bezpoÅ›rednio zagraża zajÄ…cowi.

— A zajÄ…ca mam ratować, bo każde życie jest ważne dla buddystów... Ale nie wiem nic o myÅ›liwym!

— ByÅ‚ inny przykÅ‚ad. Jest takie zdjÄ™cie, które przedstawia uciekajÄ…cÄ… kobietÄ™, a za niÄ… celujÄ…cego do niej mężczyznÄ™. Nie wiesz absolutnie nic wiÄ™cej. Pytanie brzmi: widzisz coÅ› takiego i co robisz?

— Każę mu przestać.

— On strzela, kobieta ginie.

— Może za jakiÅ› krzak bym siÄ™ schowaÅ‚a. I w ogóle skÄ…d ja tam jestem? Przecież nie znalazÅ‚am siÄ™ ot tak na tym pustkowiu.

— Za dużo analizujesz. To jest moment. Widzisz taka sytuacje!

— Ale jak mogÄ™ odpowiedzieć? Przecież skÄ…dÅ› siÄ™ tam wzięłam, wiÄ™c znam kontekst! Co to w ogóle za historia?

— Nie wiem, ale ktoÅ› to zdjÄ™cie wtedy zrobiÅ‚. A teren pusty dookoÅ‚a, nie ma krzaków. To zdjÄ™cie zrobiono w czasie II Wojny Åšwiatowej.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku z biblioteką. Wysiedliśmy. W naturalny sposób zmiana otoczenia spowodowała zmianę tematu.

— Oddasz za mnie książki? — spytaÅ‚a. — ZwlekaÅ‚am z oddaniem. Powiesz, że oddajesz za chorÄ… koleżankÄ™.

— ZnajÄ… ciÄ™ tam z wyglÄ…du?

— Nie.

— To sama oddaj za "chorÄ… koleżankÄ™".

— No tak.

— To co to jest ten los? JakaÅ› istota, która decyduje, co ma siÄ™ stać, ale można siÄ™ jej wywinąć?

— To jest coÅ› nieprzewidywalnego i nieustalonego. Weźmy na przykÅ‚ad rozkÅ‚ad jazdy. Przychodzisz na przystanek i oczekujesz, że autobus przyjedzie.

— No tak, wynika to z jakiejÅ› spoÅ‚ecznej umowy.

— I może nie przyjechać.

— Chyba że masz moje szczęście do autobusów. Ale. To nie jest los, coÅ› za tym stoi. Autobus siÄ™ zepsuÅ‚, kierowca rozchorowaÅ‚ — nic nie bierze siÄ™ z niczego.

— Ale sprawia wrażenie dziaÅ‚ania jakiegoÅ› losu.

Weszliśmy do biblioteki. Moja rozmówczyni wyciągnęła książki z torby. Weszliśmy do pokoju z książkami i panią za kontuarem. Omega oddała książki i wyszliśmy. Dodała jeszcze tylko, że tym razem nie będzie nic wypożyczać.

— Wiesz co teraz robiÄ… z ludźmi, którzy nie oddajÄ… książek?

— Taaak.

— ZgÅ‚aszajÄ… do firmy windykacyjnej. Dlatego pani siÄ™ tam nie strzÄ™piÅ‚a. To już nie jest jej problem. — Po drodze zwinÄ…Å‚em ulotkÄ™ z kina "Sfinks". MaÅ‚e studyjne kino. — O, bÄ™dzie "PiÅ‚at i inni" Wajdy. Na podstawie Jezusowych wÄ…tków z "Mistrza i MaÅ‚gorzaty". W scenerii wysypiska Å›mieci czy czegoÅ› w tym stylu. Zawsze chciaÅ‚em to obejrzeć.

— Pewnie w Wielki PiÄ…tek.

— Nie, wtedy nieczynne. Czekaj, sprawdzÄ™. O, w zeszÅ‚y piÄ…tek grali.

Ulotkę porzuciłem na parapecie najbliższego sklepu spożywczego.

— To jak z tym losem jest? CoÅ› jest losem czy sprawia wrażenie, jakby byÅ‚o losem?

— Sprawia wrażenie.

— Czyli nie ma losu, a nazywamy tak tylko okolicznoÅ›ci, których nie obejmujemy. Nie wszystkie jesteÅ›my w stanie. Jest ich tak wiele, że to niemożliwe. Nie o wszystkich też siÄ™ dowiemy. Sama powiedziaÅ‚aÅ›, że zaufaÅ‚aÅ› znajomemu, a on siÄ™ pomyliÅ‚ w zaÅ‚ożeniach.

— Tak, los to dla mnie taka personifikacja, żeby Å‚atwiej o tym mówić. On wie, co wynika, ale i tak ostatecznie możesz coÅ› zmienić.

— Jak demon Laplace'a?

Na horyzoncie zamajaczył nam obiecująco przystanek.

— KtórÄ… masz godzinÄ™? — spytaÅ‚a.

Wyjąłem komórkę.

— 18:03, ale ten zegarek nie chodzi prawidÅ‚owo. A ty?

— 17:03.

— To jeszcze lepiej.

— Musimy wyprowadzić Å›redniÄ….

— To bÄ™dzie 17:33. Ale i tak nam podjedzie. JesteÅ› ze mnÄ….

Jako rzekłem, tak się stało. Nie zdążyłem podejść do rozkładu jazdy.

— Widzisz? — spytaÅ‚em.

— I to oznacza jakieÅ› przeznaczenie?

— Nie twierdziÅ‚em, że znam wszystkie odpowiedzi. Tego z autobusami wybitnie nie potrafiÄ™ wyjaÅ›nić.

Wsiedliśmy do autobusu.

— Wiesz, w pewnym momencie zdaÅ‚am sobie sprawÄ™, ze za dużo analizujÄ™. I przestaÅ‚am gdy to jest niepotrzebne. I wiesz, zauważyÅ‚am, ze jest mi z tym lepiej.

— Wiem o czym mówisz. Jak to powiedziaÅ‚ ktoÅ›: "Szczęście to dobre zdrowie i kiepska pamięć". — SpojrzaÅ‚em na zegarek w autobusie. — Jest 18:08. O 18:10 wyjeżdża ten strefowy wypierdek, który do mnie na wieÅ› jeździ.

— To siÄ™ nazywa rozkÅ‚ad jazdy.

— On jeździ raz na godzinÄ™, no czasem dwa razy. Nie planowaÅ‚em iść z tobÄ… do biblioteki, potem nie wiedziaÅ‚em ile to tam zejdzie, kobieta mogÅ‚a CiÄ™ ochrzaniać, mogÅ‚aÅ› pożyczać coÅ› jednak, nie musiaÅ‚ nam podjeżdżać ten autobus. Dużo czynników. To coÅ› wiÄ™cej niż rozkÅ‚ad jazdy. Wysiadasz?

— Nie, jadÄ™ przystanek dalej.

— No to do zo.

Wysiadłem z autobusu wyglądając przesiadkowego wypierdka.