Dzienniki opuncjowe

Architektur ist Geiselnahme

Już z pierwszych zdjęć znalezionych na Wikipedii wiedziałem, że budownictwo na Malcie będzie charakteryzowało kilka zonków oraz zaskoczeń. Kraj stanął na wysokości zadania i dostarczył jednego i drugiego.

Może niepotrzebnie to piszę, ale klimat oraz lokalizacja najbardziej wpływają moim zdaniem na charakter zabudowań. Kwestie wizualno-estetyczne mogą się rzucać bardziej w oczy, ale pod spodem zawsze będą te praktyczne. Dziewięć miesięcy słońca w roku odcisnęło swoje piętno i tutaj.

Wszystko jest ciemnożółte, nawet beton w Msidzie, co z początku mnie bawiło, ale szybko pokazało swoją praktyczną stronę, bowiem przy tak dobranym kolorze odbite światło słoneczne nie daje po oczach. Wiem, ponieważ nasze patio zostało pomalowane na jakiś bliższy białemu kolor i w środku dnia nie idzie tam wysiedzieć nawet w okularach przeciwsłonecznych. (Widok ludzi u nas na patio przywodzi na myśl ludzi na mocnym kacu). Tak więc z żółtego wpadłem w kolejne żółte.

Z powodu dostępności zasobów naturalnych przez stulecia budowało się tu tylko z kamienia. Drewno szło pewnie na statki (przemysł stoczniowy długo był jednym z filarów maltańskiej gospodarki, dopiero po opuszczeniu kraju przez Brytyjczyków zaczął podupadać) oraz może drzwi i okna (to się utrzymało do dziś). Przy czym chodzi o jeden, konkretny kamień — piaskowiec. Beton pojawił się tu stosunkowo niedawno i tylko w nowych miejscach. Tynki wciąż są rzadkością, a jak już, to na nowych budynkach. Najczęściej ściana ma kamień na wierzchu. Z zaprawą pomiędzy blokami kamienia wyglądało to na zdjęciach jak polskie domy w trakcie budowy, ale na żywo nie sprawiają już takiego wrażenia.

Z racji na podział terenu sięgający w niektórych miejscach pewnie nawet średniowiecza, jeśli nie lepiej, budynki mają dziwne kształty. Nie dostrzega się tego tak bardzo z zewnątrz, kiedy townhouse’y są ze sobą połączone w jeden ciąg, ale w środku rzadko który dom ma idealnie prostokątny kształt. Lejowate schodzące się posiadłości czy pomieszczenia pod dziwnymi kątami są normą.

Nie wiem, czy to ten cały postkolonialny charakter czy to coś związanego z południem, ale bardzo wiele budynków przywodzi nam na myśl z Joan Amerykę Południową znaną z filmów (nie byłoby najdziwniejszym zbiegiem okoliczności, gdyby te filmy powstały na Malcie). Potężne fasady z kolumienkami i łukami oraz dorodne palmy na pierwszym planie pasują jak ulał do jakiegoś brytyjskiego namiestnictwa gdzieś w dżungli, a nieliczne posiadłości te należące do narkotykowych bonzów. Ale to tylko początkowe, ponieważ Malta szybko okazuje się mieć swój własny charakter.

Dużym wkładem w ten charakter i elementem nie spotykanym w innych krajach są maltańskie balkony. Po raz pierwszy pojawiają się na siedzibie Wielkiego Mistrza Jeana Parisota de la Vallete’a w Valletcie (a, sorry — od tej pory będę używał nazwy Il-Belt, żeby odciąć się od turystów). Ich geneza jest rzekomo niejasna, ale jeden szczegół zdradza pochodzenie — sposób ich budowy jest zbieżny z kajutami na statkach. Wiadomo, budowali tu statki, to skorzystali z lokalnego know-how. A ponieważ Wielki Mistrz trendsetter się tak wybudował, to ludność podchwyciła. Obecnie klasyczne maltańskie balkony są w odwrocie i państwo dotuje ich renowacje, ponieważ traktowane są — całkiem słusznie — jako część dziedzictwa kulturalnego.

Malta pełna jest wąskich uliczek, często jednokierunkowych. Powstały w czasach przedsamochodowych, a poszerzyć się nie da. Zresztą tu znowu jest praktyczny wymiar — wąskie uliczki tworzą więcej cienia, bo Słońce ma mniejsze pole manewru. Do tego, poza zbudowanym na planie hippodamejskim Il-Belt, wiją się w różnych kierunkach, tworząc plątaninę przywodzącą na myśl jakąś mapę do Dooma (przyznaję, przymierzam się do zrobienia czegoś inspirowanego miejscem). Żeby nie było, są również szerokie, nawet trzypasmowe drogi, a jak się wyjedzie poza konurbację, to jest całkiem sporo przestrzeni (nie dajcie się zwieść pocztówkom). Inna sprawa jednak z chodnikami. W jedenastu przypadkach na dziesięć chodnik jest szeroki na jedną osobę, co jest źródłem niezapomnianych przeżyć, kiedy naprzeciwko siebie idą dwie osoby z parasolami lub wózkami dziecięcymi.

Wszędzie czytam, że Malta (chyba chodzi o samą konurbację, tak między nami mówiąc) jest najgęściej zaludnionym miejscem w Europie, ale może to ci turyści, ponieważ o tej porze roku ulice wieczorami są puste. Po zmroku już kilka razy zdarzało nam się błądzić w różnych okolicach i nie tylko nie ma wielu ludzi, ale nawet w oknach domów jest ciemno. Swoją drogą, polecam wszystkim podróżnikom tutaj po prostu zbłądzić. Jest bezpiecznie, a doświadczenie fajne.

W naszym mieszkaniu spotkałem dziwną rzecz z polskiego punktu widzenia: okiennice otwierane do wewnątrz. Umożliwia to wpuszczenie światła bez wpuszczania powietrza. Często robione są tutaj w ten sposób również drzwi, które wieczorami są otwarte, pozwalając zajrzeć ciekawskiemu oku do środka i zobaczyć, jak ludzie żyją. Nie udało mi się jeszcze ustalić, na ile jest to niegrzeczne, ale jeszcze nikt nie chciał mi wklepać za zaglądanie mu do domu. Zresztą, znając charakter ludzi tutaj, nie nastąpi to. Oczywiście po tym, jak już oswoiłem się z takim umiejscowianiem okiennic, zacząłem to zauważać również w innych miejscach, jak na przykład w domu Sherlocka Holmesa w „Elementary” (odcinek drugi czwartego sezonu na początku).

Po polskiej regulacji każdej kwestii, domy budowane tutaj nie sprawiają wrażenia jakby przestrzegały jakichkolwiek norm budowlanych. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to rury i kable ciągnięte po ścianach budynków. Rury jeszcze rozumiem — przy braku mrozów pozwala to wypchnąć instalację na zewnątrz i ułatwia jakieś naprawy, ale kable? Całe grube wiązki kabli spięte tylko trytytkami, które ciągną się na wierzchu, czasami nawet w zasięgu ręki. Moja pierwsza myśl była taka, że w Polsce zaraz by to ktoś przeciął. Tutaj — nic. Powoli przestawiam się na ten tok myślenia, ale z początku było to bardzo osobliwe. Albo wentylacja: dziura w ścianie na wylot przykryta kratką. (Plus wentylacja nieoficjalna w postaci szczelin wszelakich wszędzie). No i mój największy przebój: butle gazowe. Na Malcie nie ma rur z gazem, więc jakikolwiek gaz musi być dostarczony do domu w postaci butli właśnie. Jeden z rekruterów uspokajał mnie, że to bezpieczne, bo butle są najczęściej na dachu. No cóż, w guesthousie była schowana na małym balkoniku, który sprawiał wrażenie, jakby powstał tylko z myślą o butli gazowej. Fakt faktem, do wybuchów nie dochodzi, prędzej amatorska fabryka fajerwerków pójdzie z dymem. Do niedawna również piecykami gazowymi ogrzewano mieszkania, ale powoli klima oraz ogrzewanie podłogowe wypierają ten wątpliwej jakości sposób.

Na Malcie jest również inny układ mieszkań. Nie ma między innymi jakże popularnego u nas przedpokoju. Króluje tzw. open plan z wielkim pokojem, do którego najczęściej wchodzi się bezpośrednio z pola. Pomieszczenie jest czymś w rodzaju salono-kuchni. Z niego dostaje się dopiero do pozostałych pokoi. Jak zgaduje moja małżonka również z ucieczek przed słońcem mieszkania są bardzo podłużne. Niejednokrotnie wszystkie pomieszczenia są w jednym rzędzie połączone wąskim korytarzem z jednej strony.

W łazienkach często są okna, które wychodzą na coś pomiędzy kominem a szybem wentylacyjnym. Wykończone tak samo jak reszta budynku, więc na ogół sprawia wrażenie bardzo małego dziedzińca — czasami o powierzchni jednego człowieka. Na dole na ogół są drzwi, więc jak coś komuś wypadnie, to nie na zawsze.

No i na koniec coś, co nie rzuca się w oczy tak bardzo na pierwszy rzut oka, kiedy jest się w konurbacji: na Malcie są tylko i wyłącznie płaskie dachy. Nie ma potrzeby innych.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru młodzieżowego zespołu Einstürzende Neubauten.