Dzienniki opuncjowe

It’s in the open but it doesn’t get stole

Rzecz działa się podczas drugiej niedzieli w kraju. Mieliśmy już znalezione mieszkanie i nie mogąc się doczekać, postanowiliśmy pójść w stronę naszego nowego adresu. Msida, Ta’ Xbiex, Gzira, a następnie Sliema. Betka.

Podróżowanie z dziewiętnastomiesięcznym dzieckiem, które jest bardzo ciekawe świata, rządzi się swoimi prawami. Jak również ma swoje tempo. Pora była jednak młoda (z reguły mówi się to w godzinach co najmniej wieczorowych, ale tu było ledwo po śniadaniu), więc zapasu było aż nadmiar.

Po wyjściu z Msidy i minięciu mariny pełnej zacumowanych łódek oraz jachtów postanowiliśmy iść w prawo. Po kilkunastu minutach odbiliśmy w lewo, w Ta’ Xbiex. Tak właśnie na Malcie człowiek trafia do sąsiedniego miasta: idzie sobie wzdłuż mariny i nagle jest zupełnie gdzie indziej; aż dziw, że twórcy filmowi nie siegają po ten kraj. Ta’ Xbiex cechuje mała liczba sklepów, za to duża ambasad. Podobno. Nie widziałem ani jednej, ale sklepów też nie bardzo, więc skoro pierwsza połowa się zgadza, to druga może też. Swoją drogą, polskiej ambasady na Malcie nie ma, jest tylko konsulat honorowy. Ta’ Xbiex właściwie tylko minęliśmy, bo zaraz znaleźliśmy się w Gzirze. W tym mieście nie ma ani ambasad, ani sklepów za bardzo, ale może mieszkanie w Sliemie mnie po prostu rozpuściło. Jest tam za to plac zabaw z dwoma huśtawkami, które nas zajęły na chwilę. Za placem zaczyna się już ciągnąć strand, którym można, idąc wzdłuż morza, dojść całkiem daleko. Najpierw do półwyspu Tigné Point, a stamtąd aż do zatoki Spinola w San Ġiljan (miasto za Sliemą). Ogólnie niezły kawałek spaceru. Planowaliśmy dojść gdzieś do zatoki Balluta, która zaczyna się w Sliemie, a kończy we wspomnianym San Ġiljan.

Stało się jednak inaczej. W roztargnieniu małżonka zostawiła na ławce kawałek za placem zabaw plecak, w którym był portfel. Zorientowała się chwilę później, ale plecaka już nie było. Rzuciliśmy się do szukania, licząc na to, że złodziej co prawda wyciągnął gotówkę, ale resztę wyrzucił do kosza na śmieci gdzieś po drodze. Raczej nie zaciągnie tu kredytu na polski dowód. Choć mógłby chcieć jakiemuś uchodźcy chcieć przehandlować — taki dowodzik po Schengen pozwoliłby na spokojnie dotrzeć do mitycznych niemieckich zasiłków. W plecaku oprócz dowodu była jeszcze karta bankomatowa czy eurokarta NFZ, czyli innymi słowy ładny komplet. Podwójna rundka po koszach nie przyniosła efektu. Podobnie z klombami. Do wody nawet nie patrzyłem, bo jakby tam wrzucił, to przepadło. Następnie spytaliśmy naganiacza na wycieczki statkami, czy czegoś nie widział. Nie widział. Na ławce, na której został plecak, siedziała teraz kobieta, która zerwała się jak oparzona i pokazała nam, że na ławce nic nie leży. Miała dużą torbę i przeleciało mi przez myśl, że może tam chować nasz plecaczek. Nie miałem jednak dość cojones, żeby zażądać okazania wnętrza.

Drugi tydzień i taki przykry incydent, skonstatowałem nie bez dozy fatalizmu.

W końcu uznaliśmy, że sprawa jest przegrana i że trzeba udać się na puliziję zgłosić zaginięcie. Gdyby zguba znalazła się w sąsiednim mieście, to żeby wiedzieli gdzie podrzucić ogołocony portfel. Od naganiacza wyciągnęliśmy trasę i w minutę-dwie byliśmy na miejscu. W całym tym zamieszaniu zapięliśmy Krazovsdottir do wózka i nie zwracaliśmy uwagi na jej głośne protesty, była więc już w tym momencie mocno rozgoryczona. Małżonka weszła więc do środka, a ja jąłem uspokajać swą pierworodną, przekonując o tymczasowym charakterze całego tego zamieszania. Gdyby była większa, mogłoby się to nawet stać przyczynkiem do jakiejś dysputy filozoficznej z pogranicza buddyzmu, na temat cierpienia powodowanego pragnieniami. Drzwi komisariatu były otwarte, słyszałem więc dialog, jaki miał tam miejsce.

— Dzień dobry, chciałabym zgłosić zaginięcie plecaka.

— Takiego brązowego?

— Co? Tak…

— Mój boże! Ktoś właśnie przyniósł, ponieważ znalazł na strandzie porzucony, i zaczęłam szukać, czy w portfelu nie ma jakiegoś kontaktu — widzi pani, tutaj są karty poprzestawiane, ale tylko dlatego, że szukałam — i nawet zaczęłam googlować, ale bez skutku. W ogóle pani nie ma w sieci.

(Jest to, nawiasem mówiąc, rzadka opowieść o nielicznych minusach nie bycia obecnym w sieci pod swoim nazwiskiem).

Młoda policjantka mogła odetchnąć z ulgą, podobnie jak i my. A może na odwrót. Grunt, że z plecaka nic nie zginęło. Wylądowaliśmy na ulicy, zastanawiając się najpierw nad własnym szczęściem, a potem nad tym, co za uczciwy kraj sobie wybraliśmy. Ktoś zobaczył torbę, więc ją zaniósł na policję. Najs. Nawet było mi trochę głupio przed samym sobą, że tak niesprawiedliwie oceniłem sytuację. Pomyśleć, że chciałem przeszukiwać torbę jakiejś kobiety. Pochodziłem jednak z innych realiów. Podobno dawniej na Malcie „niektórzy potrafili […] zostawiać klucze w drzwiach wychodząc z domu”, ale sytuacja powoli ulega zmianie.

Ostatecznie nie dotarliśmy, gdzie chcieliśmy, ale dzień uznaliśmy za udany. Liczy się droga, a nie cel, jak wpisuje się młodym podróżnikom przed wyprawą w jakieś egzotyczne miejsce typu Kielce lub Łomża.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru zespołu młodzieżowego Einstürzende Neubauten.