Dzienniki opuncjowe

Kiedy powiem sobie dość

The decision to flee came suddenly. Or maybe not. Maybe I had planned it all along, subconsciously waiting for the right moment.

Raoul Duke

Po raz pierwszy postanowiłem wyjechać z kraju w kwietniu 2014 roku, po przeczytaniu „Głupiej sprawy” — historii człowieka, którego bezpodstawnie, jak się potem okazało, aresztowano i trzymano przez 13 lat w celi. W tym kilka lat jako więźnia kategorii N, co w praktyce oznaczało brak kontaktów z innymi ludźmi. Oszaleć można. Poniżające traktowanie, jakie spotkało bohatera przytoczonego artykułu, nie miało za sobą żadnych podstaw dowodowych ani nawet rzetelnie przeprowadzonego śledztwa. Najgorsze, że ciężko to nazwać pomyłką urzędniczą — to był raczej okrutnie skonstruowany, bezwzględny system niszczenia człowieka w imię… właściwie nie wiadomo czego. Po przeczytaniu artykułu miałem ochotę spalić ubranie, w którym siedziałem. Nie chciałem mieć nic wspólnego z krajem, który w ten sposób traktuje swoich obywateli. Ostatecznie wyjazd nie doszedł wtedy do skutku, ale coś we mnie pękło i miało się już nigdy nie zrosnąć. Whatever doesn’t kill you, is gonna leave a scar.

Temat wrócił rok później (również w kwietniu), tym razem po wywiadzie z Janem Sową. Do wcześniejszego strachu i odrazy dołączyło krótkotrwałe przerażenie, ponieważ w jednej chwili zobaczyłem, że w Polsce nie będzie lepiej. I nie dlatego, że tak był skonstruowany system, jak sądziłem po artykule z ubiegłego roku. Tu chodziło o konstrukcję zbiorowej mentalności, która konstruuje ten system. Dawniej myślałem, że swoiste przetrącenie narodowego kręgosłupa to efekt zaborów, wojen i okupacji komunistów, ale sprawa sięga znacznie dalej (de facto doprowadziła do zaborów itd.). Być może to okryty niesławą confirmation bias, ale artykuł potwierdził moje wcześniejsze odczucia i spostrzeżenia. Przerażenie jednak szybko opadło. Na chłodno stwierdziłem, że nie ma na co czekać. Nie dlatego, że przyjdzie po mnie prokurator, który upatrzy sobie akurat mnie na winnego, tylko dlatego, że ten kraj nie ma przyszłości.

Ciężko jednoznacznie stwierdzić, w którym momencie powiedziałem sobie dość. Prawdopodobnie nie był to jeden moment.

Potem znalazłem jeszcze wiele historii, które tylko dociążały tę przeważoną i tak szalę. Tylko w tym roku wyjazd z kraju zapowiedziały 3 miliony osób. Ta trzecia fala emigracji to już różnej maści specjaliści. W marcu na przykład usłyszałem w szpitalu, że nadchodzi pediatryczna luka pokoleniowa. „Nie wiadomo, czy za jakiś czas będzie miał kto leczyć pani dziecko, więc proszę nie narzekać”, powiedziała lekarka do niezadowolonej matki małej pacjentki. Średnia wieku pielęgniarek już w zeszłym roku wynosiła ponad 48 lat; podobno połowa absolwentek szkół pielęgniarskich po skończonej edukacji wyjeżdża z kraju. Małe i średnie miasta się wyludniają. Demografia spada. Społeczeństwo się starzeje. Można by jeszcze długo wymieniać, ale chyba tylko po to, żeby złapać większego doła. Najgorsze, że nie widać, by „elity” rządzące nie tylko miały na to jakiś pomysł, ale żeby sobie z tego szerzej zdawały sprawę. Kończy się na kilku sloganach wyborczych i paleniu opon pod Sejmem.

A poza tym zmęczyła mnie już polska pogoda: zima, śnieg i pół roku niedoborów witaminy D w opozycji do dwóch miesięcy faktycznego lata.

Dość.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru zespołu młodzieżowego O.N.A.