Dzienniki opuncjowe

Maybe Vader, someday later

Korzystając z jedynej mi dostępnej okazji, postanowiłem zobaczyć najnowsze „Gwiezdne Wojny”. Zdecydowałem się na seans 3D, jak to na ogół mam w zwyczaju. Ponieważ film oglądałem w maltańskim kinie, nie miałem dostępnych żadnych napisów; na szczęście pozbawiony byłem również dubbingu (pozdrawiam Polaków mieszkających w Niemczech oraz Francji). Kino, położone w malowniczej Bay Street (uwaga, to nie nazwa ulicy, lecz kompleksu), niczym nie ustępuje europejskim standardom, jakie znam z polskich kin. Ale do rzeczy.

Powiem tak: jest Moc.

(Tutaj mogą zacząć się spojlery. Największych unikam, ale też nie zachowuję żelaznej dyscypliny).

W pewnym sensie J. J. Abrams i Lawrence Kasdan przepisali „Nową Nadzieję”: początek na pustynnej planecie, nieświadomy Jedi, dostarczanie droida, co więcej — Sokołem Millenium, potem jest trochę inaczej, ale pod koniec jest znowu ta sama historia, co już była dwa razy. (Z bardziej subtelnych odniesień, nowy Lord Vader ma swojego Komandora Tarkina, który się go nie boi). I chuj. Najważniejsze, że panowie zrobili to wszystko bardzo zręcznie. Jest to bardzo dobra kontynuacja Gwiezdnych Wojen, zarówno pod względem opowiedzianej historii, jak i klimatu.

Jak oglądałem tę serię zbiegów okoliczności (np. planeta pękająca akurat tak, że rozdziela dwie osoby), to przez chwilę moja podświadomość próbowała na mnie wymusić jakiś niesmak, ale zwalczyłem gada. Można oczywiście się czepiać, ale można spojrzeć na to jak na film o przeznaczeniu. I wtedy wszystko się fajnie zazębia. Nawet ten sam przedmiot, który przez pokolenia zmienia właściciela w rodzinie, pomimo iż poszczególne osoby są na różnych krańcach galaktyki.

3D nie jest jakoś bardzo eksploatowane, ale ujęcia na zatopione w piasku gwiezdne niszczyciele czy przestronne hale kompleksu militarnego Najwyższego Porządku niewątpliwie robią wrażenie. Generalnie wiadomo, że 3D się nie przyjęło, więc nie ma przesady ze scenami pod tę technologię.

Garść spostrzeżeń.

Wszędzie są fizyczne przyciski. Jest to konsekwencja wobec filmów z 70-80., ale niemniej wygląda dziwnie. Jak anachronizm. No ale kanon to kanon. Tak samo z brakiem monitoringu w bazie Najwyższego Porządku. Nie czepiam się, ot, obserwacja.

Inspekcja BHP w świecie Gwiezdnych Wojen nie istnieje. Krawędź nad kilkudziesięciometrową przepaścią? Nie trzeba barierki. Z drugiej strony może nowe Imperium ma ludzi na zbyciu i im nie szkoda. Po kilku miesiącach na Malcie widzę też, że podejście do względów bezpieczeństwa potrafi być różne i nie zawsze kończy się to tragedią.

Imperium powstało w czasie Zimnej Wojny. Z Najwyższym Porządkiem się nie cackają — stylistyka nawiązująca do nazistowskiej, przemówienie jak Hitlera i nowi szturmowcy wykonujący salut rzymski na koniec. Zobaczymy, jakie Amerykanie będą z tego robić memy z nowym prezydentem Donaldem Trumpem.

Skoro już przy szturmowcach jesteśmy — mają nowy projekt hełmu. Jest inny niż z pierwszej trylogii, ale znacznie bardziej do niego nawiązujący od tego z drugiej. Ogólnie epizody I do III wyglądają coraz bardziej jak mała pomyłka.

Jak ogłosili nowe Gwiezdne Wojny, to powiedziałem, że bez Boby Fetta się nie liczy. Zważywszy, że między VI a VII epizodem minęło 30 lat, Boba byłby trochę leciwy już. Gdyby w tej linii czasu przeżył trzewia Sarlacca. Ale, ale. Niejaka Kapitan Phasm właściwie spełnia rolę naszego (nie)dzielnego łowcy nagród: paraduje z ręcznikiem przerzuconym przez jedno ramię (co było hołdem złożonym Sergio Leone), wypowiada może ze dwa zdania w całym filmie (toże), a na koniec zostaje bezceremonialnie odsunięta od akcji. Pod pewnymi względami było to dla mnie rozczarowaniem, ponieważ chromowany szturmowiec (Chrometrooper!) aż prosi się o jakieś widowiskowe sceny, ale taka niestety jest rola Boby Fetta. Może będzie jej więcej w kolejnych częściach. Niemniej: liczy się.

Rey, która biega po śniegu w krótkim rękawie po mieszkaniu przez całe życie na pustyni, może wydawać się trochę dziwna, ale pustynia to upał tylko w dzień. W nocy potrafi być naprawdę zimno.

Mało znany fakt. Dokładnie w trzeciej minucie pojedynku na miecze świetlne w ośnieżonym lesie zostaje ścięta brzoza.

Nikt nie traci dłoni w tym filmie. Trzymają na kolejne części.

Są znani aktorzy. Na początku Max von Sydow w roli bliźniaka Obi-Wana Kenobiego. Potem w roli złego dowódcy jest rudy kolega Harrego Pottera. A jako bohater Ruchu Oporu — Oscar Isaacs (nie poznałem! brawa za kreację; rudego zresztą też nie poznałem). Jest też Gollum.

Trochę sobie jaja robiłem w czasie pisania tekstu, ale tak naprawdę bardzo polecam film, jeżeli ktoś lubił klasyczną trylogię, a jeszcze jakimś cudem nie widział. Zastanawiam się, czy film nadawałby się do obejrzenia przez kogoś, kto nie widział żadnej części, i chyba tak. W końcu nowe rozdanie. Co najwyżej umknie parę żartów z Hana Solo. Ale to w gruncie rzeczy czerstwe suchary były.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru piosenkarza młodzieżowego Weird Ala Yankoviča.

PS W Maltańskich kinach w połowie filmu jest dziesięciominutowa przerwa. Rozwaliło mnie to.