Dzienniki opuncjowe

Same Same, But Different

12 grudnia 2015 roku pojechaliśmy na plażę w Golden Bay. Dla amatorów piaszczystych plaż jest to jedno z niewielu takich miejsc na tej skalistej wyspie. Istotnie, na miejscu zastaliśmy piasek drobny niczym pył znad Sahary. No, prawie. Trochę zły byłem, bowiem zamiast japonek wziąłem normalne buty, ale rozwiązanie okazało się dość proste: zzułem je. Temperatura morza była obiecująca, co udało mi się ustalić drogą maczania nieobutej już stopy. Aż chciało się wejść do wody. Tu pojawił się jednak pierwszy problem, nie miałem bowiem kąpielówek. Nie tracąc pogody ducha, udałem się do pobliskiego sklepu plażowego. Wywiązała się tam dość osobliwa wymiana zdań.

— Dzień dobry, chciałbym kupić kąpielówki — oznajmiłem, nie napotkawszy po pobieżnym przeskanowaniu przybytku pożądanego towaru.

— Nie ma — odpowiedział cokolwiek za bardzo rozbawiony brakiem magazynowym sprzedawca.

— Ale to jest sklep plażowy — byłem łaskaw zauważyć w odpowiedzi.

— Ale jest DWUNASTY GRUDNIA! — żachnął się sprzedawca. Fakt ten nie przeszkadzał mu posiadać na stanie całej baterii masek do snorkowania, płetw i tym podobnego sprzętu. Nie widziałem jednak większego sensu w dyskusji na ten temat. Tak właśnie traci się klientów, pomyślałem i wyszedłem, więcej tam nie wracając.

Pływanie odpadało, ale dzień był przyjemny i szkoda go było marnować. Rozważając tao możliwości, stałem zwrócony w stronę morza i pozawalałem delikatnej morskiej bryzie omiatać moją twarz. Wtedy podeszła do mnie dziewczyna i spytała, czy chciałbym wziąć udział w nagraniu filmu krótkometrażowego. Jako posiadający już filmowe doświadczenie — po krótce: agresywny bezdomny w „W-11”, student Akademii Rolniczej w „Detektywach” oraz WYCIĘTY W POST-PRODUKCJI laborant w „Katyniu” — z miejsca się zgodziłem. Całość miała trwać bardzo krótko, a zatem nie rzucić się cieniem na błogie życie rodzinne, jakie planowaliśmy uskuteczniać tego dnia.

Zastanawiałem się nad kwestią odpłatności, ale nikt jej nie poruszył. Co więcej, nie podpisałem nawet żadnej zgody na użycie mojego wizerunku, co w Polsce jest normą. Najwidoczniej południowe słońce łagodzi przepisy.

Zostałem skierowany do grupy filmowców rozkładających się na plaży. (Brzmi jak z inwazji zombie, więc dodam, że rozkładających się ze sprzętem). Po chwili przyszedł reżyser i przedstawił plan działania: stajemy wokół mężczyzny, który wyszedł z morza, po czym upadł na plaży i zmarł; następnie my go podnosimy oraz wynosimy na ramionach poza kadr. Na środku stał ciemnoskóry mężczyzna wraz z ciemnoskórą kobietą. Obydwoje byli ciemnoskórzy, ale nie w ten sam sposób, uznałem. Reżyser, entuzjastyczny młodzieniec imieniem Rob Key, wyjaśnił nam, że nakręcili już część morską i że teraz dojdzie do śmierci głównego bohatera. Domyśliłem się, że z wyczerpania podróżą. Blondyn, który nie był z łapanki, tylko współpracował bliżej z reżyserem, miał w odpowiednim momencie wyjść i dać nam znać, że się zrywamy.

Miało być rach ciach, a wyszło jak na bardziej typowym planie filmowym, czyli powtarzaliśmy ujęcia wiele razy. Topielec na start już leżał na plaży, nie było więc żadnego upadania, a nagranie rozpoczynała jego towarzyszka, która z zawiniątkiem udającym dziecko mówiła coś w stronę kamery. Coś o tym, jak dużo ludzi musi jeszcze umrzeć, żeby coś tam, ale szczegóły mi umykały, bo mówiła w stronę kamery. Byłem jednak tylko statystą i miałem inną rolę do odegrania niż odkrywanie znaczenia jej wypowiedzi.

Na początku sceny staliśmy i co prawda tylko stałem, ale zacząłem się zastanawiać, co robi osobnik, który w tłumie obserwuje mężczyznę, który się właśnie utopił, a jego kobieta próbuje przemówić do sumienia Zachodu. Czy powinienem być wstrząśnięty? A może przyglądać się temu z odrazą? Reżyser nie dał nam żadnych wskazówek, ale pewnie założył, że ma do czynienia z ludźmi bez formalnego wykształcenia aktorskiego. (Miał rację). I pewnie, szanse, że to będzie widoczne w ostatecznym rozrachunku były niewielkie, ale zawsze lubiłem tę anegdotę o rysowniku komiksowym, który na jednej z plansz odtworzył monetę z wszelkimi detalami. Jego współpracownik spytał go, po co to zrobił, skoro w druku sporo detali po prostu przepadnie. Rysownik miał wtedy odpowiedzieć: „Ale ja będę wiedział, że to tam jest”. Postępuję w ten sam sposób podczas tworzenia stron WWW (ostatnio bardziej gier, ale technologicznie to nadal strony WWW), jak i na innych odcinkach mojego życia. Tak więc nie było mowy o odwalaniu bucówy. Nie rozwiązywało to jednak kwestii jak stać.

Po pierwsze, przypomniałem sobie pewien wywiad z Maciejem Stuhrem, jakiego udzielił „Vivie!” ponad dekadę temu. Powiedział tam, że jego metoda aktorska polega na postawieniu siebie w sytuacji granej postaci. Opowiadał o Raskolnikowie i o tym, że zastanawiał się, co by musiało się w jego życiu zdarzyć, żeby uznał, iż należy zabić starą lichwiarkę. A następnie tak to zagrał. Postać zbudował wokół rdzenia w postaci siebie. Postanowiłem sięgnąć po tę samą metodę.

Zatem jak ja zachowałbym się, widząc utopionego mężczyznę? Jeszcze raz: powinienem być w szoku? a może zniesmaczony fizycznością całego procesu? W końcu umieranie nie jest tak romantyczne, jak pokazują na filmach. Sięgnąłem do swojego życiorysu. Za każdym razem, kiedy widziałem do tej pory w życiu zwłoki, odczuwałem przede wszystkim ciekawość. I to pasowało wziąć na rdzeń mojej kreacji. Z jakiegoś powodu przypomniało mi się, jak Nicole Kidman przygotowywała się do roli w „Pełni zła”.

(Przypomniało mi to również wydarzenie z mojego życia. Jechałem pewnego razu tramwajem. Pojazd ruszył zbyt szybko i stojący w przejściu między rzędami siedzeń starszy mężczyzna, zwany potocznie dziadkiem, upadł tuż obok mnie. Przyglądałem mu się z zainteresowaniem, kiedy nagle dotarło do mnie, że akurat tego dnia nie mam na sobie okularów przeciwsłonecznych. Byłem przerażony, że ktoś zobaczy, że tak bezceremonialnie obserwuję całe wydarzenie. Na szczęście mężczyzna skradł całe przedstawienie).

Byłem zatem chłodnym obserwatorem wydarzeń na plaży. Stałem i przyglądałem się niczym kosmita najpierw zwłokom mężczyzny, a potem kobiecie, kiedy zaczynała mówić. Następnie z tłumu wyrywał się blondyn i mówił coś w stylu „Pomożecie?”, po czym kilku innych mężczyzn podchodziło do leżącego na środku aktora, unosiliśmy go na ramiona i wynosiliśmy poza ekran. Moja postać nadal robiła to z ciekawości.

— Co to właściwie za film? — spytałem aktorki podczas jednej z wielu przerw, podczas których reżyser przeglądał nagrany materiał z operatorem kamery, żeby zdecydować co następnie.

— Coś o uchodźcach — odpowiedziała.

— Tak myślałem.

— Ale w formie sceny z „Gladiatora”.

— Kumam — odparłem, co nie do końca było prawdą, bowiem nie widziałem filmu (raz tylko coś pod koniec w telewizji mi mignęło).

— Skąd jesteś, stąd?

— Nie, przeprowadziłem się tu dwa miesiące temu z Polski.

— Polska? To tam chyba zimno jest, nie?

Nie Wałęsa i nie papież, ale zimno.

— Mowa — odparłem.

Przerwa dobiegła końca i znowu podnosiliśmy mężczyznę i wynosiliśmy. Raz z lewej strony drabiny, na której stał kamerzysta, raz z prawej, a raz chyba nawet prawie pod nim. Kamerzysta wydawał się najbardziej doświadczonym osobnikiem na planie. Odniosłem wrażenie, że to reżyser konsultował z nim różne rzeczy, a nie na odwrót.

Zastanawiałem się, czy topielec będzie ciężki, ale przy kilku osobach okazało się to żadnym wysiłkiem. Inaczej też niesie się kogoś przytomnego, kto współpracuje z niosącymi. Z naszym denatem była związana zabawna kwestia. Historia mówiła, że płynął łodzią przez wiele dni, więc można by zakładać, że będzie co najmniej lekko spocony. Tymczasem aktor był taki wypachniony i w tak świeżym ubraniu, że za każdym razem, jakeśmy go unosili w górę, to musiałem powstrzymywać śmiech spowodowany dysonansem poznawczym. Na szczęście udało mi się zostać w roli kogoś, kogo ciekawość popycha nie tylko do oglądania topielców na plaży, ale również do odnoszenia ich gdzie indziej. Za każdym razem też jak odkładaliśmy go na plażę, to wyraźnie go to peszyło; jakbyśmy sugerowali naszym zachowaniem, że sam nie jest na tyle sprawny. Grupę musiało to jednak bawić, bowiem powtarzaliśmy to za każdym razem bez konsultacji, a mężczyzna za każdym razem reagował na zasadzie „Chłopaki, no weźcie”.

Całość zaczęła się niestety przeciągać. W międzyczasie ubyło jednego gościa, który stał obok mnie. Co ciekawe, jego zniknięcie nikogo nie zainteresowało. Być może mieli zaplanowane, że ludzie będą znikać, niczym w powieści Agathy Christie. A może nikt tego programowo nie ogarniał. W pewnym momencie kariera aktorska jednak zaczęła rzucać się cieniem na życiu rodzinnym i korzystając z kolejnej przerwy, ulotniłem się. Nikt mnie nie zatrzymywał ani nie dziękował. Statyści, niczym poddani Księżyca, żyją w cieniu i odchodzą w cieniu, nawet jeżeli rzecz dzieje się w dzień na plaży. Taka fucha.

Zawsze to jednak ciekawe doświadczenie. Generalnie trochę się tu kręci i może w przyszłości uda mi się załapać do roli jakiegoś wikinga. Byłoby w pytkę.

Parę miesięcy później zdałem sobie sprawę, że nie zapisałem sobie nic związanego z filmem. Ani tytułu, ani nazwiska reżysera — nic. Pamiętałem tylko jedną rzecz: nazwę firmy realizującej część techniczną (Pineapple Media & Film), która była na wszystkich podkoszulkach ekipy. Ziarnko do ziarnka, znalazłem film i nawet reżysera, dzięki czemu, jak mniemam, mój pseudonim sceniczny Jon Krazov został uwzględniony na napisach końcowych.

Sam efekt końcowy wydaje mi się trochę chaotyczny i nie wykorzystujący w pełni potencjału sceny z „Gladiatora”. Koniec końców obejrzałem z zaciekawieniem i stwierdziłem, że jest mnie co prawda więcej niż w „Katyniu”, ale raczej gdzieś tam przemykam bokiem tylko. Oczywiście pesymista powiedziałby, że na darmo tworzyłem cały konstrukt granej postaci, ale ja będę wiedział, że to tam jest.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego filmu krótkometrażowego, o którym opowiadała, w reżyserii młodzieżowego twórcy Roba Keya.