Dzienniki opuncjowe

So let’s do it, just get on a plane and just do it

No dobrze, decyzja o wyjeździe podjęta, ale dlaczego Malta? Już sama Unia Europejska daje kilka możliwości. Właściwie wszędzie na świecie, jak dowiedziałem się od kolegi, panuje drenaż mózgów, więc to w dużym stopniu kwestia zakręcenia globusem i wyboru na chybił-trafił. Nawet na Pitcairn ubywa ludzi.

Zawsze wiedziałem, że jeżeli będę chciał wyjeżdżać, to do miejsca, gdzie jest cieplej niż w Polsce. To był mój osobisty warunek numer jeden. Niekoniecznie upały non-stop, bardziej najniższa temperatura powyżej zera. Z tego względu odpadała na przykład Kanada, gdzie jest bardzo sympatycznie, ale już w październiku tonie się w śnieżnych zaspach (pewnie nie wszędzie, ale to jak z wystawianiem ręki z okna jadącego autobusu — nie ma co ryzykować). Malta pojawiła się trochę przypadkiem. Założywszy konto na portalu dla profesjonalistów, zacząłem otrzymywać oferty głównie z mojego miasta. Ależ oczywiście. Większość rekruterskich zaczepek ignoruję, ponieważ to łowienie rzutem na taśmę, a ja lubię czuć się wyjątkowy. Niemniej już trzecia z nich oferowała pracę w Krakowie z możliwością relokacji na Maltę. Malta, pomyślałem, to ta jakaś wyspa u brzegów Hiszpanii. Pierwszy research nie zainteresował nas z żoną i wróciliśmy do pierwotnych planów, czyli Berlina. Oferta z relokacją się zdezaktualizowała zanim przyszło co do czego, ale ziarno zostało zasiane.

Mały kraj na Morzu Śródziemnym przyciągał mnie w pierwszej kolejności swoim klimatem. Dziewięć miesięcy słońca kusiło i to bardzo. W międzyczasie widziałem film „Wada ukryta”, którego główny bohater, prywatny detekyw Larry „Doc” Sportello, przez cały film chodzi w sandałach guaraches. Ma długie spodnie, kurtkę, ale na stopach sandały. I osuwając się w połowie filmu w ogromną senność, pomyślałem, że to jest to. Moje kryterium. Przez większą część roku chcę chodzić w sandałach. Postanowiłem to nazwać testem Sportello. Człowiek często w rozmarzeniu lubi postraszyć, że rzuci tym wszystkim i wyjedzie do ciepłych krajów. No i tu był właśnie ciepły kraj, i w zasięgu możliwości. I do tego trochę nagle.

W końcu małżonka, bez której woli nie byłoby mowy o żadnym wyjeździe, dała zielone światło. Malta to nie koniec świata, a jak nie wypali, to można wrócić. Zaczęliśmy więc intensywny research. Prawo, kuchnia, szkolnictwo, medycyna publiczna, dostęp do Internetu, obecność Lidla oraz Ikei, łatwość uzyskania obywatelstwa, poziom przestępczości, roczna liczba porwań dla okupu, dostępność świeżych ryb, jakość miejscowego chleba, ceny mieszkań oraz parę innych zagadnień zostało przez nas przeanalizowane. Pewne rzeczy nie są możliwe do ustalenia teoretycznie, ale myślę, że jest znacznie lepiej niż w czasach przedinternetowych. Najgorzej było z oszacowaniem kosztów życia, ale to temat na inną notkę. Czytaliśmy też różne relacje cudzoziemców na Malcie, ale ocena Kanadyjczyka lub Brytyjczyka (którzy na przykład zżymają się na lokalnych kierowców) może nie być dla mnie wiarygodna. (Do dziś pamiętam tekst Kanadyjki, która narzekała na RPA, bo trzeba było zamykać dom na klucz, jak się wychodziło na miasto, a cenne przesyłki pocztowe ginęły po drodze — śmieszy mnie za każdym razem). Polskich relacji było raptem kilka. Wiedziałem, że będą zaskoczenia tam, gdzie się tego żywcem nie spodziewam, ale w końcu mowa była o wyjeździe do odległego kraju. Zarówno pod względem odległości, jak i mentalności. Opuszczanie comfort zone powinno wiązać się może niekoniecznie od razu z rzucaniem kłód sekwoi pod nogi, ale jakieś badyle od czasu do czasu nie powinny dziwić. Tak czy siak upewniliśmy się, że chcemy spróbować właśnie tam.

Rozmawiałem kiedyś z pewnym emigrantem i powiedziałem mu, że jak zacząć analizować, to właściwie w każdym kraju jest coś nie tak. Odpowiedział mi, żebym nie patrzył na złe rzeczy, tylko na pozytywne, bo inaczej nigdy nie wyjadę. Posłuchałem go wtedy i myślę, że w dużym stopniu przyczynił się do tego, że dziś piszę te słowa z nadmorskiej Sliemy, drugą połową listopada ubrany w krótkie spodnie. Żartem w tej sytuacji niech będzie fakt, że jegomość cały czas mieszkał i mieszka w Polsce. Zmyliły mnie zdjęcia z jakiegoś szkolenia w Stanach i stosunek do polskiej sceny politycznej, jaki spotyka się praktycznie tylko u ludzi, którzy wyjechali do Wielkiej Brytanii oraz Irlandii. Nabrałem się. No ale tak to już jest ze znajomymi z Internetu.

Ponadto chcieliśmy zobaczyć w tym życiu kawałek świata, najlepiej coś bardziej egzotycznego niż malowniczy niemiecki land, a obydwoje żywimy wstręt do turystycznych wyjazdów. Jechać gdzieś na tydzień, schodzić się jak głupi i zobaczyć kilka żelaznych punktów z przewodnika turystycznego może jest wspaniałym pomysłem na spędzenie czasu, ale nie dla nas. Widzieliśmy w ten sposób Pragę w 2009 roku (ach, ten jahodový džus) i nie można powiedzieć, żebyśmy źle się bawili, ale niedosyt pozostał. Pojechać gdzieś i pomieszkać tam z rok, dwa, poznać miejsce i ludzi — to wydawało się o wiele ciekawsze. A po dwóch latach podjąć decyzję: zostajemy czy jedziemy w następne miejsce.

A potem Angela Merkel zaprosiła wszystkich jak leci do Niemiec i Berlin przestał być taki atrakcyjny. Na szczęście wtedy mieliśmy już bilety lotnicze na Maltę w kieszeni (a raczej na mejlu w smartfonie w kieszeni, ale przez implikację też się liczy).

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru zespołu młodzieżowego The White Stripes.