Dzienniki opuncjowe

So take me to Broadway, take me to Broadway, I’m ready to fight

Jednym z częściej zadawanych mi pytań w związku z moim wyjazdem było, jak znalazłem pracę na Malcie. Po krótkiej konsternacji odpowiadałem zawsze: „Ee, wysłałem CV?”, ponieważ nie uważałem, że dokonałem jakiegoś niesamowitego wyczynu. Pytania jednak nie ustały. Może więc rozwinę.

Wysłanie CV nie jest pierwszym punktem programu. Banalne, wiem, ale najpierw trzeba je mieć gdzie wysłać. Można sprawdzić, gdzie jest zapotrzebowanie na nasz zawód, albo zacząć od wyboru kraju, który nam się z jakichś względów podoba (np. brak faktycznej zimy), a następnie zobaczyć, jaka tam jest sytuacja. Jeżeli mamy chodliwy w wybranym miejscu zawód, to można przystąpić do działania. Za narzędzie poszukiwań i kontaktów wybrałem sobie LinkedIn, gdzie założyłem konto, ustawiłem seksowne — choć jednocześnie nie wyzywające — zdjęcie na awatar oraz uzupełniłem w miarę dokładnie swoje dane: co robiłem i jakie umiejętności posiadam. Starałem się przy tym nie przesadzić, bo czasami wchodzi się na profil typa i czego to koleś nie robił, czego to on nie umie. Jak zawsze, trzeba znać umiar. Jeden rekruter mnie nawet pochwalił za mój profil (tak naprawdę chciał dodać się do moich kontaktów, ale to i tak było miłe).

Na Linkedzie znalazłem kilka ofert, na które dziarsko odpowiedziałem. Wysłałem ich dosłownie kilka, z cztery chyba albo pięć, nie chcąc wpuścić się w kanał kilkunastu rozmów, kiedy cały czas jednak pracowałem. Na każde zgłoszenie mi jakoś tam odpowiedziano, chociaż jedna, dość duża firma miała bardzo niejasny proces rekrutacji z długimi przerwami całkowitej ciszy pomiędzy — jak już stawiałem na nich krzyżyk, to wtedy się odzywali. (Wszędzie czytam, że to podręcznikowy przykład, jak nie prowadzić rozmów o pracę, szczególnie w poszukiwanych zawodach. Wiele dużych firm podobno tak przerżnęło). Koniec końców przy jednym z ogłoszeń nawiązałem kontakt z agencją rekrutacyjną i tam znalazła się bardzo obrotna agentka, która raz dwa znalazła mi firmę, ogłoszeń której wcześniej nie widziałem (więc sam bym tam nie wysłał). Nie ma zatem reguł i trzeba próbować różnych dróg. Podczas poszukiwań dotarłem również na lokalne strony z ogłoszeniami o pracę, ale w końcu z nich nie skorzystałem, bo sprawa się szybciej rozwiązała.

Właściwa rekrutacja zaczyna się najczęściej od testu praktycznego (na Hackerrank lub Codility — prawie u wszystkich rządził FizzBuzz plus dopiero inne). Potem jest już rozmowa. Żyjemy w szybkich czasach i nie ma miejsca na więcej etapów. Siłą rzeczy rozmowy odbywają się najczęściej za pomocą Skype’a. Najczęściej, ponieważ jedno ogłoszenie informowało, że ludzie, którzy przejdą przez pierwsze sito, zostaną zaproszeni wraz z rodzinami na weekend na Maltę, żeby zobaczyli kraj przed podjęciem decyzji (historia ma ciąg dalszy: ostatecznie zatrudniono lokalnego pracownika). Zresztą jeszcze jak na tapecie miałem Berlin, to jedna firma tam miała podobne podejście i zapraszali na pewnym etapie do siebie. (Ciekawostka: w wywiadzie z pewnym Ukraińcem, który wyjechał do odległego kraju, przeczytałem, że w Niemczech jest duży nacisk na formalne wykształcenie w zawodzie i to często jest przeszkodą w znalezieniu tam pracy przez cudzoziemców). Przy Skypie trzeba się tylko ładnie uczesać, ubrać czysty podkoszulek (może być z nadrukiem kołnierzyka i krawatu dla podniesienia prestiżu) i rozmawiać na tle w miarę gładkiej ściany — reszta to już umiejętności komunikacyjne. Pamiętajcie, żeby w miarę możliwości rozbawić dwa razy osobę, z którą będziecie rozmawiać. Doradził mi to na studiach jeden wykładowca i staram się stosować od tamtej pory. (Studia się jednak na coś przydały).

Nie podam dokładnej receptury, jak znaleźć pracę, bo jej nie ma. Trzeba się wykazać kreatywnością, choć w pewnych zawodach będzie łatwiej niż w innych. Można też czekać, aż ktoś nas złowi na Linkedzie (już w pierwszym tygodniu miałem ofertę na Maltę właśnie, co mnie zainteresowało tym krajem, oraz do Portugalii). Ogólnie, jak już kiedyś pisałem na swoim Twitterze, ścieżka kariery Wernera von Brauna, czyli iście w specjalizację w jakiejś technologii, ma sens. Gość robił rakiety dla Hitlera, a potem pracował w NASA — tylko jego umiejętności uratowały go od bycia sądzonym po wojnie.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru piosenkarza młodzieżowego Chiliego Gonzalesa.