Dzienniki opuncjowe

The Bank Job

Co trzeba zrobić, by założyć konto bankowe? Idziemy do banku i mówimy, że chcemy założyć konto. Osoba po drugiej stronie, najczęściej pracownik banku, prosi nas o dowód tożsamości, następnie przez dziesięć minut wyklikuje różne opcje w programie, którego wygląd sugeruje, że napisano go w Microsoft Accessie, po czym drukuje kilkanaście stron drobnego druczku, który trzeba podpisać — niestety na każdej stronie — i oto stajemy się posiadaczem nowego konta bankowego. Nawet sobie nie zdawałem sprawy, jak mnie to rozpuściło, na Malcie bowiem założenie konta w banku wymaga więcej zachodu.

Na początku office manager plus HR w jednym poradziła mi, żebym umówił się telefonicznie do banku już teraz, bo na ogół czeka się trzy tygodnie. Trzy tygodnie na… spotkanie? Postanowiłem uderzyć do mieszkającego tu od pięciu lat Polaka.

— W którym banku najlepiej założyć konto? — spytałem.

— W którym ci będą chcieli założyć — odpowiedział wyraźnie rozbawiony.

W końcu wybrałem jeden z dwóch dużych banków tutaj (według Wikipedii są tylko dwa, ale w rzeczywistości są co najmniej dwa inne, tylko że malutkie popierdółki takie). Znalazłem oddział położony najbliżej mnie i postanowiłem tam iść osobiście, bojąc się, że mój angielski przez telefon może stać się źródłem jakiegoś nieporozumienia, które bym mógł potem, co prawda, zabawnie zrelacjonować na blogu, ale tylko wydłużyłoby proces. No i tu pierwsze zaskoczenie: banki na Malcie czynne są w dziwnych porach. Większość oddziałów kończy swoją pracę o 12:30, maksymalnie o 14:00. Niektóre oddziały są wyjątkowo czynne dłużej w wybrane dni, ale tylko w wybranych sprawach; nie ma, że sobie przechodziłem akurat i postanowiłem wpaść. Niemniej tak właśnie postanowiłem zrobić. Po operacji zębów mam trochę krzywy ryj, więc pomyślałem, że warto z niego skorzystać. W piątek oddział niedaleko mojej pracy i nawet po drodze miał być czynny. Na miejscu natknąłem się na zamknięte drzwi, ale po chwili wyszedł ochroniarz i angielskim mocno podlanym maltańskim akcentem spytał mnie, czy mam umówione spotkanie. Odparłem, że właśnie chciałem się umówić. Jegomość wpuścił mnie, po czym poszedł gdzieś w głąb banku. Wrócił z mężczyzną w stroju biurowym. Mężczyzna sprawiał wrażenie bardzo rozsierdzonego czymś i właściwie krzyczał przez cały czas, ale nie w agresywny, tylko defensywny sposób, więc zachowałem spokój. Tłumaczył się, że nie może nic zrobić, że to nie tak, a następnie przeszedł do kwestii, że trzeba mieć umówione spotkanie, i w tym momencie wskoczyłem ja ze swoją kwestią, że o umówienie tego spotkania mi chodzi. Mężczyzna pokazał na puste biurko obok i powiedział, że kobieta, która tam siedzi, zajmuje się umawianiem spotkań i że jej teraz nie ma, i żebym przyszedł następnego dnia — to jest w sobotę — rano. Podziękowałem i wyszedłem. Mężczyzna nawet po już zakończonej rozmowie sprawiał wrażenie urażonego. Jak ja, barbarzyńcza z północy, mogłem mu to zrobić, przyjść w piątek wieczór.

Pokonany, wróciłem następnego dnia jeszcze silniejszy. Przed bankiem była kolejka jak do przychodni rejonowej w czasie epidemii grypy, ale posuwała się nawet szybko. Jeżeli dobrze zaobserwowałem, większość ludzi szła wypłacić gotówkę. Przy biurku umawiania spotkań okazało się, że jest jeden wolny termin za tydzień, więc się na niego zapisałem. Jeszcze raz: tydzień na to, żeby tylko otworzyć konto. Od razu spytałem, co trzeba przynieść. Lista obejmowała:

  • paszport (lub inny dowód tożsamości),
  • list polecający od pracodawcy (dokument o standaryzowanym formacie, wbrew szumnie brzmiącej nazwie — w Polsce przedstawia się takie do kredytów),
  • umowę o pracę (jakby powyższe nie wystarczało),
  • umowę najmu mieszkania,
  • potwierdzenie zagranicznego adresu (byłby problem, gdyby nie to, że mam jeszcze stary dowód z adresem, co bankowi w zupełności wystarczało).

Jak widać, poważnie podchodzą do tematu. (Mniej papierów trzeba przedstawić, żeby dostać kartę rezydenta). Potem już poszło z górki, kiedy bowiem zjawiłem się tydzień później, to wszystko trwało pół godziny. Przebieg właściwie standardowy, chociaż była seria pytań o Stany Zjednoczone: czy mam tam konto, czy wysyłam tam regularnie pieniądze, czy jakiś attorney reprezentuje tam moje interesy. Być może jest jakaś umowa między tymi krajami. Swoją drogą, trzeba pilnować, jak zapisują imię Krzysztof, ponieważ banalny dla nas zbitek liter „rzy” bywa zdradziecki dla cudzoziemców. W Polsce moja żona ma swoją kartę podpiętą pod to samo konto, co znacznie ułatwia mi życie na co dzień. Powiedziałem panu za biurkiem, że tu też bym tak chciał.

— Czy żona pracuje tutaj?

— Nie, zajmuje się dzieckiem i domem.

Mężczyzna się zamyślił.

— Musiałbym mieć pisemną zgodę od mojego przełożonego.

Nie moja żona, nawet nie ja — on musiałby mieć pisemną zgodę. Machnąłem na to ręką. O kartę można wystąpić tego samego dnia, co zakłada się konto, ale o bankowość internetową już nie. Dlaczego? „Względy bezpieczeństwa”. Na to też machnąłem ręką. Potrzebowałem tylko numeru konta na pensję i kartę do wybierania kasy.

(Bankowość internetową można potem aktywować, wypełniając formularz na stronie WWW lub osobiście w banku. Ja aktywowałem osobiście dwa miesiące później).

No ale to ja. Po dwóch tygodniach pobytu w kraju założyłem konto. Można powiedzieć, że miałem szczęście. Kolega z pracy spędził osiemnaście ostatnich lat w Ekwadorze, skąd nie chciano go wypuścić, więc kiedy w końcu się stamtąd wydostał w sposób, o którym nie chciał rozmawiać, miał tylko aktualny paszport (można go wyrobić w ambasadzie, co czynił przez lata). Na pytanie o potwierdzenie zagranicznego adresu, odpowiedział: „Ostatnich osiemnaście lat mieszkałem w dżungli i nie mam tam już żadnego adresu”, co nie było sytuacją przewidzianą przez skrypt napisany dla pracowników banku. Spytali, czy ma prawo jazdy. Miał, dwudziestopięcioletnie, z adresem, pod którym nie było już żadnego budynku. Kazali mu przynieść, bo po prostu muszą mieć coś do wprowadzenia do systemu, ale jak to zrobił, to stwierdzili, że jednak za stare. Kolega bujał się ze trzy miesiące z kontem, a jego perypetie były źródłem wielu żartów w pracy. W ramach potwierdzenia np. chcieli list uwierzytelniający od francuskiego banku, ale tenże bank odparł, że absolutnie takich rzeczy nie robi (coś z tajemnicą bankową). Jak już założył konto, to z kolei jego karta „zginęła” gdzieś w systemie. Jakaś siła wyższa wyraźnie go doświadczała. Obecnie na szczęście wszystko już gra i buczy.

Niemniej, podsumowując, nie jest to poziom obsługi, jakiego można by się spodziewać po kraju, którego jedną z głównych gałęzi gospodarki są usługi finansowe. Ale może trzeba być milionerem, wtedy można mieszkać nawet trzydzieści lat w dżungli. Mieszkający tu od pięciu lat Polak powiedział nam też, że dużo ludzi otwierało konta i wyjeżdżało po kilku miesiącach, więc skomplikowano procedurę. Dużo też podobno zależy od tego, do którego oddziału się trafi, ponieważ każdy jest w jakimś tam stopniu niezależny i ma inne podejście. No i w jednych jest łatwiej niż w innych. Swoją drogą podobno z Maltese ID (maltański dowód lub karta rezydenta) otworzenie konta jest prostsze. Na ogół jednak przyjezdni chyba potrzebują wcześniej konta, więc to bardziej ciekawostka przyrodnicza.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego przeboju kinowego z udziałem idola młodzieży Jasona Stathama.