Dzienniki opuncjowe

The car is on fire, and there’s no driver at the wheel

W dniach 7–9 października odbył się w Birgu festiwal, którego częścią jest Candlelight — noc, podczas której całe miasto rozświetlone jest tysiącem małych świeczek. Birgu (inna nazwa: Vittoriosa) jest wraz z Sengleą (inaczej: L-Isla) oraz Cospicuą (toże: Bormla) częścią tak zwanego Trójmiasta (Three Cities). Jak widać, trójmiasta są popularne w nadmorskich rejonach. Birgu z niezrozumiałych dla mnie powodów na ogół jest pomijane w krótkich przewodnikach po kraju. Jest to jedno z najstarszych miast na Malcie i to widać: z plątaniną wąskich niczym w Mdinie uliczek pokrytych kamieniem, miast asflatem, wywarła na nas niesamowite wrażenie już od pierwszej wizyty. (Ciekawostka: w znajdującym się tam forcie Świętego Anioła stacjonują ostatni obecni na wyspie kawalerowie maltańscy). Wizja ujrzenia miejsca w świetle tysiąca świec — oraz fakt, że Krazovsdottir się przestawiła i i tak chodzi spać po dwudziestej trzeciej — skłoniły nas do wybrania się tam. Zwłaszcza, że październik tutaj nadal bardziej przypomina polski lipiec niż inne pory, więc można odbyć tę podróż w lekkim odzieniu.

Podróż się rozpoczyna

Był ósmy października, jedynie niewielka bryza od morza zakłócała spokój upału…

Zebrawszy się z domu w południowym tempie (czy. 15:00) udaliśmy się na prom, którym dostaliśmy się do Valletty. Pierwszy prom tego dnia musieliśmy właściwie łapać, co oznaczało spring z dziecięcym wózkiem, na szczęście mam już trochę obycia w temacie. Po drodze kupiliśmy wrapsy w tureckim kebabie, które po wylądowaniu zjedliśmy w Hastings Gardens, a następnie niespiesznie dotarliśmy do drugiego promu, który z Il-Belt miał nas zabrać już do właściwego celu.

Na miejscu postojowym okazało się, że jest znacznie więcej osób niż na ogół. Serio, nie wiem jak te promy na siebie zarabiają. Ze środka wysiadło trochę osób. Wchodząc wyjściem udało mi się dostać tam przed kolejką. Joan uiściła opłatę, a ja się przez cały czas zastanawiałem, na ile zostałem zauważony przez obsługę. (Naturalnie z ciekawości i w celach poznawczych). Pomimo iż przyjmowanie opłat od pasażerów nie trwało faktycznie wiele dłużej, to odniosłem wrażenie, że minęło wiele godzin.

Za promy służą lekkie i zwrotne niczym biblioteki Douglasa Crockforda katamarany o wdzięcznych nazwach Topcat One (Sliema–Valletta) i Topcat Two (Valletta–Trójmiasto). Próbowałem znaleźć nazwę modelu, ale wygląda, że został zrobiony na zamówienie, co w tym kraju nie powinno specjalnie dziwić; w żyłach niektórych mieszkańców płynie stoczniowa krew. Nie skłamię, jeżeli powiem, że jak dotąd podróżowaliśmy nimi częściej niż autobusami.

Marina

(Gwoli ścisłości, Polacy na Malcie używają angielskiego określenia „marina”, które co prawda tłumaczy się jako przystań, ale jest dość ogólna i nie oddaje tego, co powinna — tymczasem marina to taki parking, miejsce dokowania jachtów).

Z pozoru trasa do Trójmiasta wydaje się krótsza niż ta między Sliemą a Vallettą, ale to złudzenie wynikające z faktu, że większość trasy odbywa się wzdłuż ciągnącej się przez całą długość Birgu i kawałek dalej mariny dla łodzi oraz luksusowych jachtów. (Mała podpowiedź dla szukających nowego hobby: niektóre są na sprzedaż). Łodzie zaparkowane są od najskromniejszej do najbardziej wypasionej, więc podróż wzdłuż wybrzeża — jak zrobiliśmy ze względów logistycznych — przypomina wizytę w muzeum luksusu i dostatniego życia albo coś podobnego. Trzeba przyznać, że wielokrotnie, patrząc na niektóre, rozważałem w głowie porzucenie mieszkania w stacjonarnym budynku. Dopóki nie zobaczy się ich z bliska, wydają się znacznie mniejsze. I nie mówię tu o wycieczkowcach, które mogłyby pomieścić ludność z wielu małych miasteczek.

Przybyliśmy o zmierzchu (na szczęście nie było wampirów), więc wszystko było już przygotowane. Festy (religijne pochodzenie) i festiwale (świeckie pochodzenie) na Malcie nie różnią się bardzo od siebie: zawsze jest dużo jedzenia, dużo ludzi i dużo fajerwerków. Nie inaczej było tym razem, a jedzenie sprzedawane było już od początku mariny (dalej był już tylko fort wspomnianych wcześniej joannitów). Tutaj też zanotowałem sobie, że morskie dziadki z brodami jak z najbardziej stereotypowych wyobrażeń starego marynarza zabierały stąd swoimi małymi luzzu prosto do Sliemy, co byłoby przyjemnym rozwiązaniem na potem. I być może nie tak kosztownym.

Noc świec

Na razie jednak odbiliśmy w górę, gdzie powitały nas pierwsze świeczki. Weszliśmy w pierwszą uliczkę i zrobiło się jeszcze ciekawiej. Zdjęcia niestety (a może stety) tego nie oddają i zostaje metoda Freda, czyli pamiętanie po swojemu. Piszę świeczki, ale technicznie było to dość sprytnie rozwiązane: do obciętej dolnej części plastikowej butelki wsypano trochę piasku na dno i do tak przygotowanej podstawki wstawiony był wkład do znicza. Piasek obciążał konstrukcję oraz utrudniał rozprzestrzenianie się ognia, gdyby jednak coś, prawda. Większość świeczek ustawiona była pod ścianami, wyznaczając zarysy uliczek (trochę taki analogowy „TRON”). Z części stworzono wiszące z góry żyrandole, a część była przybita cienkimi gwoździkami do kamiennych (piaskowiec rulez) ścian. W ten dzień wiele domostw miało otwarte drzwi i zza niskich bramek można było oglądać wnętrza, również oświetlone dziesiątkami świeczek. W niektórych źródła światła poustawiane były we wzory, ale w każdym przypadku wnętrza robiły wrażenie. Jeżeli zastanawiałem się kilkakrotnie podczas pobytu tutaj, gdzie można znaleźć old money, to tego wieczoru znalazłem swoją odpowiedź. Ostatnie świeczki tego wieczoru można było dostrzec na licznych w okolicy balkonach. W okolicy Malty, rzecz jasna.

(Po obejrzeniu wnętrza jednego z domów, do którego można było wejść, powiedziałem do Joan, że w czymś takim można by się fajnie urządzić. W odpowiedzi dowiedziałem się, że właśnie odwiedziłem pierwsze Auberge de France. Jak powiedział Eames w „Incepcji”, nie bójmy się marzyć śmiało).

Ale jak festiwal, to i muzyka. Tutaj, podobnie jak ze świeczkami, odbywało się to na kilka sposobów. Po pierwsze, były profesjonalnie przygotowane i nagłośnione zespoły. Jeden z nich grał covery, ale przez chwilę nie byłem pewien, bowiem teksty były śpiewane na swoją melodię. I nie mam na myśli, że fałszowano, tylko że wykorzystana była inna melodia. Inna sprawa, że albo angielski wokalisty kulał, albo część śpiewana była w innym języku (niekoniecznie maltańskim). Ale może to nagłośnienie. Przynajmniej brzmiało to świeżo. Drugim obliczem muzyki były uliczne grupki, które przygrywały znacznie mniejszej publice. W jednym miejscu trzech dziadków brzdąkało sobie, a czwarty im tańcował. No i na koniec: w oknach niektórych otwartych domów siedzieli muzycy i muzykowali, np. motyw z „Mission: Impossible” na trąbce.

Ale jak festiwal, to i jedzenie. Punktów gastronomicznych było kilka, od mniejszych (np. trochę bez pomysłu i niewspółgrający klimatem z resztą garaż przerobiony na jadłodajnię) do większych. Pod koniec stołowaliśmy się na dużym placu pełnym stolików. To było zresztą maltańskie doświadczenie, bowiem stanąłem w kolejce i stałem w niej z dziesięć minut pomimo iż byłem drugi (ludzie przez chwilę stojący przede mną zrezygnowali). Po dziesięciu minutach przyjęto od mnie zamówienie i czekałem kolejne dziesięć minut (no, może siedem). Pomimo iż w urządzonej pod namiotem kuchni krzątało się z pięć osób, to nie przekładało się to na sprawność realizacji zamówień. Do tego frytki były za krótko we frytkownicy. No ale, takie doświadczenie. Bierzesz w całości albo luzzu i do domu.

Świeczek było tyle, ale w niektórych miejscach można było zobaczyć pod światło gęsty dym unoszący się nad uliczkami.

Na koniec zupełnie przypadkowo wylądowaliśmy na dnie dawnej fosy, gdzie obecnie znajduje się ogród i można obejrzeć fragmenty fortyfikacji. Będąc na dole, zażartowałem, że dotarliśmy do dna Malty, czyli litego piaskowca. (I nie ma śmiechu, bowiem dzięki temu można budować wysokie budynki, gdyż nic nie osiada, jak przypadku budowania na ziemi).

Powrót z Birgu

Ruszyliśmy do wyjścia i będąc na początku mariny, usłyszałem, że Joan mówi:

— Prom właśnie wpływa.

Nie zastanawiając się dalej rzuciłem, że gazem, i zacząłem biec z wózkiem przede mną. Przez te dwanaście miesięcy bez tygodnia nabrałem w tym już wprawy, ale nigdy nie robiłem tego w tłumie. Na szczęście w bardzo rodzinnej Malcie jeżeli masz wózek z dzieckiem, to możesz więcej. Ludzie więc po prostu schodzili z drogi, poza jedną babcią, która nie chciała, więc jej przejechałem po stopie (a była to jedyna osoba, którą zawczasu przeprosiłem). Dotarliśmy, a następnie czekaliśmy dziesięć minut aż wyładowany po brzeg prom opuszczą setki ludzi (dwie setki, dla ścisłości). A wtedy, hyc!, przed kolejką do środka.

— No, kiedy będziemy płynąć?! — wyraziłem głośno swoje niezadowolenie, siedząc bezpiecznie w środku.

W końcu ruszyliśmy, ale obsługa statku wyraźnie nie miała pomysłu na sprawną obsługę wielu ludzi na raz. Pierwszy raz jednak widziałem takie dzikie tłumy. Przy schodzeniu odpuściliśmy sobie przeciskanie się, niech inni też coś mają. Po drodze minęliśmy drugiego (formalnie pierwszego) Topcata, więc Joan spytała pana wpuszczającego na łódź, czy na drugiej trasie kursuje. Tak, kursuje, potwierdził. Może mają luźnego, pomyślałem.

Powrót z Valletty: podejście pierwsze

Żeby dostać się z jednego promu na drugi trzeba przedostać się do Górnych ogrodów Barrakka (na szczęście jest winda), a następnie przez kilka uliczek, w tym dość stromy w dół odcinek, a następnie kolejny stromy w dół — z pół godziny w naszym stanie (od siedmiu godzin na nogach bez większych przerw). Na ostatnim odcinku zobaczyliśmy, że statek już stoi i ostatni ludzie wsiadają. Okazało się, że trafnie zidentyfikowaliśmy Topcata One pół godziny wcześniej. Na dole bowiem stał mały statek używany w rejsach Kapitana Morgana po zatokach.

— Nie biegnę — oznajmiłem. Przekraczało to moje możliwości.

Stwierdziliśmy, że pływa co pół godziny, więc wychylimy po drinku w nowo otwartej części Cockneya, gdzie serwuje się drinki i siedzi na meblach zrobionych z palet. Tanio i młodzieżowo. To bardzo ciekawy przykład zrobienia lokalu tam, gdzie nie ma lokalu — między murami miasta a palmami rozpięto kilka płacht materiału, tworząc przestrzeń użytkową. Nic, czego bym nie widział w Krakowie (szczególnie na moim ukochanym dekadę temu Kazimierzu), ale z naturalnie rosnącymi palmami zawsze lepiej. (Swoją drogą, dopiero niedawno zorientowałem się, że angielska nazwa palm tree zawdzięcza swoją nazwę luźnemu podobieństwu do ludzkiej dłoni). Przy stoliku obok siedziało troje Brytyjczyków łapiących trzecią młodość. Mężczyzna i dwie kobiety. Mężczyzna przypominał mi z wyglądu i sposobu mówienia Geoffreya Rusha. Dodatkowo robili sobie zdjęcia iPadem.

Po osuszeniu browczyka (ja), wychyleniu kieliszka wina (Joan) oraz pokolorowaniu kilku kolorowanek (Krazovsdottir) ruszyliśmy na dół. A tu promu nie ma. Powinny pływać do za piętnaście pierwsza, a tu nie ma. Zagadkę szybko rozwikłał starszy Niemiec o nienagannej angielszczyźnie, który uświadomił nam, że o tej porze pływają co półtorej godziny. Konfrontacja z rozkładem pływu (bo nie jazdy) potwierdziła to przykre doniesienie.

Powrót z Valletty: podejście drugie

Nie chciało nam się czekać pięćdziesięciu minut na kolejnego Kapitana Morgana, więc postanowiliśmy uderzyć w autobus.

— Byłoby śmiesznie, jakby już nie jeździły — rzuciła Joan.

Ale nie było czasu na rozkminy. I znowu trasa: dwa odcinki pod górę, kawałek po prostym, bramy miasta i kawałek do naszego przystanku. Rozkład jazdy nie pozostawiał złudzeń: nasze najlepsze autobusy odjechały i to chwilę temu. Następne rano. Kawałek dalej stały dwa autobusy, które by nam pasowały, ale były już pełne bardziej niż powinny (co było dziwne, gdyż kierowcy tutaj się na to nie zgadzają), a drugie tyle stało przed autobusem modląc się i na przemian wygrażając kierowcy. Oczywistym było, że z wózkiem się tam już nie zmieścimy. Jak to powiedziała Joan chwilę wcześniej, było śmiesznie, ale nie było też czasu się śmiać. Wróciliśmy po raz n-ty tego dnia już dobrze znaną trasą i zdążyliśmy z powrotem na prom, który miał odpływać za pięćdziesiąt minut. Ale kiedy to było? (Nie byłoby tragedii, bo następny miał być dla odmiany za pół godziny). Po raz kolejny wszedłem wyjściem i byłem z przodu kolejki, co zdawało się nikomu nie przeszkadzać. Bileter niespecjalnie przyglądał się naszemu biletowi. Ogólnie panuje tu zasada, że sobie ufamy. Widocznie turyści nie nadużywają.

Powrót z Valletty: konkluzja

Na tym odcinku Krazovsdottir ostatecznie kazała sobie położyć oparcie wózka i zasnęła. Ja za to mogłem docenić nie tylko crockfordową lekkość i zwinność Topcatów, ale również ich prędkość. Statek zastępczy już obracał się z majestatem, nie mówiąc o dalszej drodze. Po wielu tygodniach jednak dotarliśmy na miejsce.

Samochód w ogniu

Po przebyciu kolejnej stromej ulicy dotarliśmy do naszej małej uliczki, z naszym słodkim maisonette. Kilkadziesiąt metrów od domu zza zakrętu wyjechało czarne alfa romeo i na zakręcie zaczęło się z niego kopcić. Spod maski. Kierowca zatrzymał się naprzeciwko naszych drzwi i wraz z pasażerem wysiedli, pooglądali samochód i zaczęli wypakowywać zakupione wcześniej produkty żywnościowe, w tym sześciopak wody mineralnej.

— Ludzie, samochód wam się pali — daliśmy im znać.

Istotnie, pod samochodem palił się żywy ogień. Płomień tańcował w najlepsze. Słyszałem o tym, że samochody zapalają się tutaj w lecie, ponieważ w środku dnia zostawia je się na chodzie, ale było 10 minut po północy.

— O boże! — zawołała blondynka, która kierowała samochodem. — Co się robi w takich sytuacjach?

— Nie macie gaśnicy? — spytała Joan.

— Nie! O boże, gdzie się dzwoni?

— Na policję?

— Ale jaki jest numer? (O boże!)

W tym momencie z tego samego zakrętu zajechał biały hatchback z naszym sąsiadem na pokładzie. Spytaliśmy go o gaśnicę, ale zamiast odpowiadać, wbiegł do garażu z kilkunastoma samochodami, które odpłatnie wynajmuje, skąd wybiegł z wiadrem i zaczął polewać samochód. Spowodowało to wytwarzanie się ciemniejszego dymu, który wypełniał całą uliczkę odorem palonej gumy. Rzadko widuję czarny dym z bliska w takich ilościach i byłem zafascynowany, że nic przez niego nie widać. Tymczasem ogień płonął. Joan kazała mi się schować na wypadek, gdyby samochód wybuchnął. Byłem zdziwiony, ponieważ to nie działa aż tak jak na filmach, ale schowałem się za porządną toyotą hilux sprzed dwudziestu lat (słowo klucz: niezniszczalna) i stamtąd obserwowałem dalszy przebieg wydarzeń.

Zacząłem się zastanawiać, czy gdyby wybuch wybiłby wszystkie okna w maisonette, to czy wystarczyłoby zamknąć wewnętrzne okiennice, czy raczej musielibyśmy się gdzieś przenieść na kilka dni. Wolałbym się nie ruszać. Odłożyłem rozważania na bok i nigdy do nich nie wróciłem, bowiem w tym momencie w uliczce pojawił się radiowóz. Podjechał na sygnale świetlnym (dźwiękowego używa się tu niezwykle rzadko). Wysiadło z niego trzech policjantów w mundurach. Funkcjonariusz z tylnego siedzenia miał dużą gaśnicę, która narobiła jeszcze więcej dymu. A ogień nadal płonął. Drugi policjant zadzwonił gdzieś i referował, że gaśnicą nie pomogło. Po minucie podjechał kolejny radiowóz z dużym napisem RAPID INTERVENTION UNIT, skąd wysiedli ubrani na czarno policjanci w beretkach i wydobyli z bagażnika kolejną gaśnicę, która w końcu wykonała zadanie.

Alfa romeo, pomyślałem. Mój świętej pamięci teść, mechanik samochodowy, wiedziałby jak to skomentować. Jego długie tyrady na temat francuskich i włoskich samochodów wciąż żyją we mnie żywym wspomnieniem.

Dym zaczął się zmniejszać. Podjechał wóz strażacki i chciał wjechać, ale w ulicy, gdzie ja, jadąc kilka tygodni wcześniej tym samym białym hatchbackiem, modliłem się, żeby nie pourywać lusterek, nie dało się bez wycofania radiowozów. Policjant w beretce wsiadł do rapid intervention unit i dawaj po gazie, aż nie zdążyłem mu powiedzieć, że zostawił na ulicy torbę, którą wyjął podczas dokopywania się do gaśnicy. Odgłos przeorania był wyraźny. Straż pożarna przejęła temat, znaczy się bezpiecznie. Chcieliśmy wrócić do mieszkania, ale policjant powiedział, że te wyziewy są toksyczne i żebyśmy na godzinę poszli sobie do baru albo gdzieś. Na szczęście październik tutaj w niczym nie przypomina tych znanych mi z młodości.

Kiedy odchodziliśmy, za rapid intervention unit siedziało na ulicy trzech policjantów i płakało ze śmiechu nad przejechaną torbą.

Włóczęga

Znaleźliśmy jeden bar, ale płatność tylko gotówką. Podjechała do nas laska na rowerze, obwieszona jak mongolski muł i spytała o adres, którego zdjęcie miała w telefonie. Na dole był jeden bar otwarty, ale postanowiliśmy poszukać czegoś gdzie można usiąść w środku. Niestety, restauracje, w których bywaliśmy, były już nieczynne. Podobnie jak kilka innych. Tak zleciało nam kolejne czterdzieści minut. Po drodze myślałem, że bycie bezdomnym jest tu prostsze niż w Polsce, bo większą połowę część roku można tu spędzać na zewnątrz. Przed oczami stanęły mi taktyczne wybiegi Ripleya Bogle’a z powieści Roberta McLiama Wilsona pt. „Zaułek łgarza”.

Po drodze mijaliśmy budynek, do której przyczepiona była kartka z odręcznie wykaligrafowanym ostrzeżeniem w formie miejskiego haiku:

NIEBEZPIECZEŃSTWO!
Zakaz Parkowania,
Spadające Kamienie
z Balkonów.
Dzięki

Było to bardzo typowe dla Malty podejście: nie zabezpieczyć teren, tylko co najwyżej poinformować. To i tak sporo, na ogół bezpieczeństwo całkowicie leży w gestii danej osoby, z jego wychwyceniem włącznie. Będąc najdalej wysuniętym na południe kawałkiem Europy, Malcie są trochę obce północne normy bezpieczeństwa. Ma to dla mnie swój urok, ponieważ zmusza człowieka do samodzielnego myślenia. No i właśnie…

— Ej, ale to my chyba też nie powinniśmy tędy przejeżdżać — rzuciłem w stronę Joan.

Powrót

Olaliśmy dalsze poszukiwania i wróciliśmy. Samochód był już przestawiony pod nasze drzwi, żeby umożliwić przejazd.

— Nie wiem, co się stało. Nie paliła się żadna kontrolka, że się przegrzewa — zaczęła nam opowiadać blondynka, która wciąż krzątała się wokół zgliszczy pojazdu.

— To alfa romeo — wyjaśniłem.

W odpowiedzi pasażer popatrzył na mnie, jakbym mu napluł do kawy. Rozmowa przestała się kleić, więc weszliśmy do domu.

Nowy dzień

Rano podsumowałem liczbę zrobionych przez siebie kroków: ponad piętnaście tysięcy. Nieźle, odnotowałem w notatniku. Łącznie jakieś dziesięć i pół godziny chodzenia bez większych przerw. Cała niedziela miała nam upływać do znakiem rest day.

Krazovsdottir nie obudziła się odkąd zasnęła na promie pomimo pożaru, policji, straży pożarnej i jeżdżenia wózkiem po różnych wertepach oraz stromiznach. Rano za to wyraziła zdziwienie, kiedy wyszliśmy po chleb na śniadanie (o 12:10) i ujrzała spalone auto przed drzwiami.

— Samochód spłonął w nocy — odpowiedziałem spokojnie.

— Aha — odparła i poszliśmy do sklepu.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru zespołu młodzieżowego Godspeed You! Black Emperor.