Dzienniki opuncjowe

There’s no business like show-business

The girl was never there.

— The Cure, „A Forest”

Drugiego dnia na Malcie wybraliśmy się do Valletty. Wydawać się to może banalnym wyborem, ale mieliśmy blisko i nie wiedzieliśmy, czy z docelowego miejsca zamieszkania nie będzie dalej. Tak wygrał banał. Szybko dojechaliśmy na miejsce i zgodnie z zasadą „In foreign places get lost” postanowiliśmy się po prostu zgubić. Ogólny cel był znany — ogrody Barrakka — ale droga tam miała być już niewiadomą.

— Kto wie, może nawet spotkamy Christiana Bale’a — rzuciłem, jak tylko zanurzyliśmy się w hippodamejską siatkę uliczek Valletty. Z prasy wiedziałem, że w najbliższym czasie miał tam coś kręcić. Moja bliska znajoma jeszcze z Polski jest wielką fanką Christiana Bale’a (nawet jeżeli go nie poznaje czasami, bo tak przytył do roli) i w związku z tym rozważałem, czy by nie nosić w plecaku kartki z napisem POZDROWIENIA DLA MONIKI. W razie spotkania Christiana miałbym do powiedzenia tylko: „Słuchaj, stary, jest sprawa. Trzeba zdjęcie pyknąć”, a potem byśmy obydwaj sobie strzelili szybkie selfie z wiadomością w rękach. Ale dywaguję.

Valletta ma w polskiej literaturze kilka pisowni, bo również Valetta, La Valetta czy La Valleta (jak donosi autor strony Moja Malta). Nazwa maltańska to Il-Belt Valletta — gdzie il-belt oznacza „miasto” i podobno Maltańczycy czasami używają tylko tego określenia. W kontekście konurbacji może brzmieć to przewrotnie, ale Miasto jest jedno. Miejscowość wielkości krakowskiej dzielnicy jest stolicą kraju. Nazwana na cześć Wielkiego Mistrza Jeana Parisota de la Valette’a, który wzniósł ją w drugiej połowie XVI wieku (a przynajmniej zaczął). Miasto od początku było twierdzą, co widać po grubych murach i fosie od strony miasta. Przy czym, kiedy piszę, że mury są grube, to są grube, co najmniej jak moje rozkminy na temat ścieżki dźwiękowej do Dooma.

Oglądając w Internecie zdjęcia miejsca, odniosłem wrażenie, że jeżeli Valletta miałaby mi cokolwiek przypominać, to krakowski Kazimierz — żydowską dzielnicę, która wraz ze swoimi urokliwymi knajpami była moim ulubionym miejscem na przełomie lat 20032004. Rzeczywistość okazała się jednak przewrotna i stolica Malty bardziej przypomina mi Stary Rynek wraz z przyległościami. Tylko że pomiędzy uliczkami widać morze. Co w sumie jest zabawne, ponieważ podczas researchu do mojej pracy licencjackiej w 2008 grałem trochę w Second Life i ktoś tam zrobił Stary Rynek, który był zrealizowany dość wiernie, poza tym, że dookoła było morze, bo to było w formie wyspy pośrodku niczego. Grając wtedy, byłem bardzo rozbawiony tym dysonansem, że tu takie stare miasto, a tam nagle woda. No i po latach okazuje się, że takie rzeczy się zdarzają. Z miejsca zacząłem sobie przypominać w co jeszcze grałem i mnie rozbawiło, skoro to takie prorocze.

Ciężko nielekko, lawirując wózkiem dziecięcym po miejscami stromych uliczkach oraz wąskich chodnikach, dotarliśmy do Dolnego Ogrodu Barrakka. Posiedzieliśmy tam chwilę, zażywając kąpieli słonecznej, wdychając jod od morza oraz zachwycając się (to bardziej ja) rosnącymi na wyciągnięcie ręki oliwkami. Próbowałem pokazać Krazovsdottir małe jaszczurki, ale najpierw trudno je było dostrzec, a potem płoszyły się z niezwykłą łatwością.

Następnie ruszyliśmy do Górnego Ogrodu. Na jednym z rozwidleń wybraliśmy drogę w prawo i trafiliśmy do jakiegoś Turkishtown, jak je z miejsca ochrzciłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jeden z niedzielnych pchlich targów, bo było mnóstwo staroci. Ale była również herbaciarnia pod gołym niebem, z plecionymi taborecikami i sziszami. Oraz sklep z linami. Grubymi, plecionymi linami, jakich używa się na statkach. Niesamowite, pomyślałem. Kawałek dalej stał drewniany wóz z jedzeniem. Rozejrzałem się za sprzedawcą i w oddali ujrzałem już współcześnie ubranego kelnera, który jednak nie był nami zainteresowany jako klientami. Nie pierwszy to raz w moim życiu, więc tylko wzruszyłem ramionami i ruszyliśmy dalej. To nie mnie powinno zależeć. Joan zaczęła oglądać wielkie wory z różnego rodzaju cieciorkami i przyprawami. Zachwycona zadeklarowała, że będziemy tu regularnie wracać. Mnie trochę dziwiły napisy po grecku, ale pomyślałem, że może to jakaś grecko-turecka mniejszość tu mieszka, podobnie jak na Kubie jest społeczność kubańsko-chińska.

Zaraz za Turkishtown zaczęliśmy taszczyć wózek po stromych schodach do góry, dotarliśmy bowiem prawie pod sam Górny Ogród. Z tymi stromiznami to też jest ciekawa sprawa. Ponieważ Jean Parisot de la Valette spieszył się w obawie przed najazdem Turków, to nie wyrównano terenu tak bardzo, jakby trzeba. W związku z tym niektóre ulice zastąpione są schodami. Teoretycznie są to płaskie i długie stopnie, dzięki czemu łatwo się poruszać po nich rycerzom konno lub w zbrojach (ten aspekt trochę się przedawnił), ale w praktyce nie wyobrażam sobie tej jazdy konnej, kiedy z wózkiem dziecięcym jest problem. Pod drugimi ogrodami strzeliliśmy po kawie w Cafe Deux Baronnes, gdzie dziecko, odcięte od zbawczej mocy kofeiny, zasnęło ze zmęczenia. W ramach poznawania się z miejscem wziąłem kawę po maltańsku, która przypomina świątecznego grzańca z ziołami, czyli nie całkiem moja rzecz. Będę wiedział następnym razem.

Snuliśmy się jeszcze kilka godzin tu i tam, a wieczorem siadłem do komputera i zacząłem googlować, co to za miejsce było. A tu nic. Zero informacji. Znalazłem więc ulicę na mapie i zacząłem szukać od tej strony. Nadal nic. W końcu mówię do Joan, że dziwna sprawa. Na co ona, trochę bez przekonania, że może jakiś film kręcą. Bach! I wtedy mnie olśniło. Niczym Dave Kujan pod koniec „Podejrzanych” zaczęliśmy analizować wszystko jeszcze raz i nagle stało się jasne, dlaczego żaden sprzedawca jedzenia do nas nie podszedł. Bo nie było żadnego sprzedawcy. I te greckie napisy. I sklep z linami. I ogólny brak ludzi. I ochraniarze zamiast puliziji. Trafiliśmy na plan filmowy. Ukryli go na widoku, cwaniaki. Oczywiście, gdybyśmy tu mieszkali chwilę dłużej, to zorientowalibyśmy się od razu, że coś jest nie tak, ale świeżym, nieomalże turystycznym okiem daliśmy się zwieść hollywoodzkim choreografom. Swoją drogą, mam dużo uznania dla ich kunsztu. Za frajer miałem dzięki nim okazję przenieść się o wiek wcześniej. Szkoda, że pewnie potem w filmie będzie jakiś ułamek sekundy wieczorową porą.

Przed wyjazdem z Polski czytałem, że już osiem dużych produkcji było kręconych na Malcie. Z racji na lokalizację, przystępną pogodę (but ofcorz) oraz unikalny charakter często jest wybierana na plenery do różnych filmów. Z bardziej znanych rzeczy kręconych tutaj wymienić można m.in. „Grę o tron”. Niektórych pewnie zainteresuje również „Assassin Creed” z Michaelem Fassbenderem.

W każdym razie. W tym momencie wiedziałem również, jaki film miał być tam kręcony tego dnia. Szybko upewniłem się w swoim podejrzeniu dzięki oficjalnej stronie rządowej z informacjami o zamkniętych z różnych powodów częściach miasta (na ogół z powodu remontów) — chodziło o „The Promise”, osadzoną w latach 20., w ostatnich dniach Imperium Osmańskiego, historię pewnego trójkąta miłosnego. W roli głównej Christian Bale. Okazało się, że jednak o mało co go nie spotkaliśmy. Monika, prawie się udało! Tylko kilka godzin nas dzieliło. No cóż. Następnym razem rozpoznam plan filmowy.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru śpiewanego przez wielu młodzieżowych wykonawców, między innymi Judy Garland.

PS Okazało się, że z nowego miejsca mamy do Valletty bliżej, tylko trzeba się kopsnąć promem, co z kolei bardzo się podoba Krazovsdottir. Podróżowanie z udziałem statków zawsze jest ciekawsze.