Dzienniki opuncjowe

I don’t like it but I guess things happen that way

Ale wyjazd za granicę to nie tylko palmy, słońce, niższy poziom przestępczości i neonowe po zmroku Paceville. To również rzeczy, które trzeba zostawić za sobą. Rodzina, kolekcja kilkuset płyt CD czy… pies.

Transport psa do innego kraju jest ciekawym i kosztownym zagadnieniem. Trzeba pamiętać o wszystkich szczepieniach, jakie trzeba mieć w danym kraju (ode mnie niczego takiego nie wymagano), zamontować psu czip (na szczęście ten używany w Polsce się nadaje), a na koniec jeszcze zwierzaka przewieźć. No i tu się zaczynają prawdziwe schody. Niewiele bowiem jest firm oferujących taką usługę jak przewiezienie psa. Tanie linie lotnicze wypinają się na temat, chyba że jest się niewidomym. Przez chwilę obmyślałem plan — godny samego gangu Olsena — wedle którego udawałbym niewidomego osobnika, niestety mój pies nie umie ustać w miejscu i dość szybko by się wydało, kto tu jest czyim przewodnikiem. Jak to z planami gangu Olsena bywa.

Przedsiębiorstwem, które ma taką usługę w ofercie, jest LOT. Pomimo wielu przywar, jakimi można obdarzyć naszego państwowego przewoźnika, na tym polu akurat nadrabia. Teoretycznie. W 2014 sprawdzaliśmy, jak wygląda transport psa do Londynu, i wyszło, że trzeba najpierw psa dostarczyć do Warszawy, skąd leci w klatce w luku bagażowym do Lądka Zdrój. Psa można naturalnie nadać z Krakowa, ale w dalszym ciągu transportowany jest jak bagaż. Smutna prawda jest taka, że część zwierząt umiera podczas takiej podróży ze stresu. Firma transportowa z Frankfurtu, która również zajmuje się tego typu przewozami, na swojej stronie zamieściła długą instrukcję, jak oswajać zwierzę z klatką itd. Cały proceder transportowy uregulowany jest przepisami i np. nie można załadować psa do za małej klatki. W każdym razie jeżeli zagrożenie śmiercią nie byłoby dostatecznym powodem do rezygnacji z tego planu, to dochodziła jeszcze cena: 3500 złotych. Raczej bez refundacji w przypadku śmierci ulubieńca.

Tylko że no właśnie — do Londynu. Malta, wbrew śmiałym planom Kajetana Lectera-Poznańskiego, który nie wiedzieć jak chciał się stąd przedostać do Afryki, jest raczej transportową pipidówą. Liczba lotów do Polski jest godna uznania, ale są to tanie linie lotnicze.

Kolejnym pomysłem był transport samochodowy. Z otwartymi granicami wewnątrz Europy — rzecz rozważana była jeszcze przed tak zwanym kryzysem uchodźczym — sprawa wymagała tylko dwóch kierowców i dobrego zaplanowania przerw. Według Google Maps podróż powinna była zająć 29 godzin ciągłej jazdy, w tym dwie przeprawy wodne (na Sycylię i z Sycylii). Przygoda nie lada, ale nie wiadomo było, co zrobić potem z samochodem: zostawić? ktoś w pojedynkę miałby wracać? Pomimo iż był to najbardziej realistyczny plan, a do tego podszyty przygodą, to również i on zaczął chylić się ku upadkowi. No a potem byli uchodźcy, zamykanie granic i mrożące krew w żyłach historie na granicach. Choć pewnie dalekie to od prawdy, to bałem się, że nas po drodze napadną i zjedzą mojego psa. Propaganda strachu lejąca się z polskich mediów zrobiła swoje.

Przeglądanie ogłoszeń z mieszkaniami ujawniło jeszcze jedną kwestię: w większości przypadków ludzie nie chcą wynajmować mieszkań ludziom ze zwierzętami. Nawet to rozumiem i nie kryłem nigdy urazy. W każdym razie trzeba było podjąć decyzję.

W Polsce tego typu historie jeszcze zbyt często mają finał w lesie, gdzie podrzuca się biedne zwierzę przywiązane do drzewa, żeby przypadkiem nie dogoniło samochodu. Mój pies miał znacznie więcej szczęścia i nadal mieszka w tym samym domu, je z tej samej miski, goni tego samego listonosza z tym samym drugim psem, a także jest okresowo objadany z wyżej wymienionej miski przez tego samego kota. I nie jest nękany codziennie przez dwulatka. No i ma dostęp do kilkuset CD. Od biedy można to nazwać małym happy endem.

Lecz niech lekki ton tej notki nikogo nie zwiedzie. W pewnym sensie była to najtrudniejsza decyzja i największy koszt. Kiedy w 2010 roku wzięliśmy naszego psa ze schroniska, następnego dnia rano powiedziałem do niego: — Teraz już nie mogę wyjechać do Kanady. — Było to nawiązanie do programu relokacyjnego do tego pięknego kraju (historie typu: dają dom opłacony na rok etc.), choć tak naprawdę miałem na myśli ogólnie wyjazd z kraju. Czas pokazał inaczej. Choć pewnie gdybym nie miał gdzie zostawić mojego psa, to sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru piosenkarza młodzieżowego Johnny’ego Casha.