Dzienniki opuncjowe

Where the streets have no names

Jednym z żelaznych punktów w przewodnikach i relacjach z Malty są kierowcy. Rzekomo jeżdżą jak wariaci, nie przejmują się znakami drogowymi i ogólnie pandemonium. No i znowu, na ile będzie to wiarygodne na kartach anglojęzycznego przewodnika? Mając w pamięci zżymanie się Kanadyjczyków na konieczność zamykania domów w RPA, pomyślałem, że być może życie i prowadzenie samochodów w Polsce ma pewną wartość przygotowawczą. Szczególnie, że przed wyjazdem oglądałem sobie kamerki drogowe w Internecie i wyglądało to raczej pokojowo. Jedyne, co zauważyłem i co mnie rozbawiło, to że trzeba się wpychać, wyjeżdżając z podporządkowanej drogi. Brzmi znajomo, żeby nie powiedzieć swojsko. W ramach przygotowania czytałem maltańskie portale newsowe i przewijały się jakieś wypadki i inne zdarzenia drogowe, ale sporadycznie. Liczyłem, że nie fałszują statystyk celem ściągnięcia większej liczby turystów oraz ekspatów.

Poznany w samolocie Maltańczyk opowiedział mi, że kierowcy są dobrzy, tylko jeżdżą jak szaleńcy. — Nie przejmujemy się na przykład kierunkowskazami — powiedział. Poza tym jednak miało być spoko. Zapytałem go również o kwestię, której nie udało mi się ustalić podczas researchu: jaka jest najszybsza na wyspie droga. Oficjalnie najszybciej na wyspach można jechać 80 km/h. — Oczywiście niektórzy jeżdżą szybciej — uzupełnił mój współpasażer. Wiadomo, szaleńcy.

Z lotniska swoim osobowym vanem odebrał nas profesjonalny kierowca. Po drodze coś tam rozmawialiśmy, m.in. o jego wyjeździe turystycznym do Wrocławia, ale cały czas obserwowałem jak prowadzi. Szczególnie, że fotelik dziecięcy, który sobie zażyczyłem, miał niesprawne pasy. (Jak dowiedzieliśmy się później, na Malcie pasażerowie na tylnym siedzeniu nie mają obowiązku zapinania pasów, a dzieci można trzymać po prostu na kolanach — a myślałem, że jest na to jakiś ogólnounijny standard). Gdybym miał coś zarzucić tej pierwszej przejażdżce, to że klima była nastawiona na zbyt niską temperaturę. W jednym momencie auto przed nami wcisnęło się na rondo, na co nasz kierowca zareagował mlaśnięciem i miną „no co on tu odstawia”.

Potem nie mogliśmy znaleźć drogi. — Wszystko dlatego, że nie ma tablic z nazwami ulic — żachnął się nasz kierowca. Po trzech tygodniach potwierdzam. Nazwa ulicy może być w jednym miejscu: na rogu na jej początku lub końcu. Jeżeli ulica jest przecinana innymi, to tam już nazwy nie ma. Jeżeli więc trafiamy na ulicę w jej środku, to trzeba dojść do któregoś końca. I tam może być tabliczka, ale nie musi.

Ale żeby już nie przeciągać: z polskiej perspektywy kierowcy tutaj nie są źli. Ani nawet jakoś specjalnie zwariowani. Maltańczycy w większości pozbawieni są agresji i widać to również w ich sposobie jeżdżenia. Nie ma znanego mi z Polski chamstwa na drogach. Taka sytuacja: jedzie samochód, a ulicą idą ludzie. Kierowca już z daleka lekko trąbi, żeby dać znać. Ludzie schodzą z drogi. Kierowca nawet się nie zatrzymuje. U nas jaśnie pan podjeżdża pod ludzi i dopiero wtedy, dotknięty do żywego olaniem go, wściekle trąbi. Albo inna sytuacja: kiedy zielone światło dla pojazdów zamienia się na czerwone, na przejściu dla pieszych zmienia się od razu. Nie ma tego momentu, że jedni i drudzy mają czerwone, bo wiadomo, że i tak ktoś będzie jechał na późnym czerwonym. No dobra, raz ktoś tak zrobił.

I jeszcze w temacie motoryzacji. Jak dowiedziałem się od kolegi w pracy, podatki od nowych samochodów są bardzo wysokie. W efekcie w kraju jest bardzo dużo starych samochodów. Część z nich robi wrażenie swoim stanem, ale jest też sporo wadliwego złomu. Przeglądy kontrolne są co dwa lata, a do tego zdarza się je przejść pojazdom na przykład bez lusterka. — Mój znajomy zjeżdżał z górki i hamulce mu po prostu nie zadziałały. Rozbił się — opowiedział ten sam kolega. Po tej opowieści zacząłem ostrożniej wkraczać na drogę. Agresja kierowców to jedno, ale z fizyką trudno negocjować. Szczególnie, że w starciu metal-człowiek człowiek ma trochę w cyc.

Roweru tu jeszcze nie widziałem.

Do tego korki. Kiedy dziarskim krokiem wracam o wpół do szóstej do domu, miasto miejscami stoi. Stoją główne ulice i stoją wąskie uliczki między kamienicami. A wszystko to tonie w oparach spalin. Kierowcy zdają się to znosić dobrze, żadnego trąbienia, nic. Niemniej kwestia korków urosła już do rangi narodowej i rząd próbuje różnych pomysłów na rozładowanie tego, ale przy tej ilości pojazdów to wcale nie jest takie proste. Jeden z pomysłów, wygwizdany przez większość, polegał na zaczynaniu lekcji w szkołach godzinę wcześniej, żeby poranną falę odciążyć z rodziców odwożących pociechy do szkół. W pozostałych projektach są i kolej (zlikwidowana w 1931 roku), i tunel podwodny między Maltą i Gozo (mieszkający tu od pięciu lat Polak: — Słyszę to już od pięciu lat). Sprawy nie polepsza komunikacja miejska (brak trzymania się rozkładu jazdy czy kierowcy porzucający autobusy w połowie trasy, bo ich zmiana właśnie dobiegła końca). Na szczęście zamieszkałem niedaleko pracy (10 minut spacerem) i mam wywalone na te kwestie. Ale one tam są, żywotnie wpływając na ekonomię tego kraju.

Tytuł notki zaczerpnięty został z popularnego szlagieru zespołu młodzieżowego U2.