Skocz do: nawigacji, wyszukiwania

Koleś, który ginie na końcu epizodu

Oficjalna wersja postaci z „Dooma” (zwanej potocznie Doomguyem) jest krótka: główny bohater nie istnieje. Tym, który nosi przez cały czas broń i zabija potwory, jest gracz[1]. To dlatego wszystkie teksty na końcu, oraz w „Doomie II” pomiędzy niektórymi poziomami, są w formie per „ty”.

Doomguy endgame.png

Nie zawsze tak jednak było i zapoznanie się z pierwotnymi pomysłami rzuca nowe światło na grę oraz otwiera drzwi do nowej interpretacji. Ale po kolei.

Doom Bible

Na początku prac nad „Doomem” Tom Hall stworzył dokument pt. „Doom Bible”. Zawarto w nim wszystkie założenia odnośnie gry, w tym również fabuły, która początkowo miała być dość rozbudowana. Akcja miała być osadzona na odległej planecie Tei Tenga (nazywanej przez rezydentów „the Butt End of Space”[2]), a do wyboru miały być aż cztery postaci, znacznie się między sobą różniące: Lorelei Chen, John „Petro” Pietrovich, Dimitri Paramo oraz Thi Barrett. Piąta postać — Buddy Dacote — miała nie być do wyboru; w zamian miała kontaktować się z pozostałymi przez radio. Każda z postaci była dość dokładnie opisana: wiek, wzrost, waga, osobowość oraz cechy charakterystyczne podczas gry, jak prędkość czy sposób reagowania na obrażenia.

Tom Hall chciał położyć nacisk na realizm, nawet kosztem miodności, i to chyba stało się początkiem jego końca. John Carmack był bowiem zdania, że „Doom” ma być grą nastawioną przede wszystkim na akcję i w której, podobnie jak w filmie porno, fabuła nie odgrywa większej roli, nawet jeśli gdzieś tam jest[3]. W zaistniałej sytuacji latem 1993 roku Tom Hall opuścił id Software[4].

Historia do gry została znacznie uproszczona i trochę zmieniona (akcję przeniesiono z Tei Tenga na Fobos i Dejmos, choć przetrwał pomysł z podróżą do samego Piekła). Pozostałością po wczesnym etapie są przygotowane na początku elementy graficzne, na których zachowała się pierwotna nazwa planety:

TeiTenga.png

Buddy Dacote

Przyjrzyjmy się teraz postaci Buddy'ego Dacote'a. Postać ta, jak już wspomniałem, miała nie być do wyboru, tylko przesyłać graczowi/pozostałym postaciom raporty z odległych miejsc i nakreślać w ten sposób, że ogólnie źle się dzieje. Buddy miał mieć poczucie humoru i nosić kapelusz z literami BEOS („Butt End of Space”). Do spotkania grupy oraz Buddy'ego miało dojść dopiero pod koniec pierwszego epizodu. Buddy miał widowiskowo zginąć rozerwany przez demony lub jego status miał być niejasny. A teraz najciekawsze — jego nazwisko rozwija się w: Dies at conclusion of this episode[5]. Zabrzmiało mi to bardzo znajomo.

Anomalia na Fobosie

Koniec pierwszego epizodu „Dooma” (który udostępniony był graczom za darmo na licencji shareware[6]), poziom „Phobos Anomaly”, kończył się w trochę niezrozumiały dla mnie sposób: po pokonaniu dwóch Baronów Piekieł[7] opuszczają się ściany pomieszczenia w kształcie gwiazdy i widoczny staje się pierwszy od początku gry teleport[8], po wejściu w który gracz zostaje przeniesiony do ciemnego pomieszczenia z potworami. Walka jest krótka i nierówna[9] i zawsze kończy się śmiercią[10]. No, prawie. Przy 10% zdrowia gra kończy się i można przeczytać coś w stylu: co się właśnie stało, gdzie twoja nagroda? Przekonaj się w pełnej wersji. Była jeszcze wzmianka o zapachu zgniłego mięsa i że bohater jest na Dejmosie. Staromodny marketing, powie ktoś i pewnie będzie miał rację. Aczkolwiek —

Zbiegi okoliczności

Przyjrzyjmy się jeszcze raz opisowi Buddy'ego: miał być blondynem z zielonymi oczami. Zupełnie jak Doomguy. Podobna jest zresztą historia stojąca za obiema postaciami — obydwaj postawili się przełożonemu. Obydwaj też zostali wysłani na Tei Tenga/Fobos jako pracownicy ochrony, ale traktują to zajęcie jako tymczasowe. Z różnic należy jednak wymienić poczucie humoru: Doomguy nie przejawia żadnych jego objawów, może poza psychopatycznym uśmiechem podczas podnoszenia nowej broni. A to trochę za mało.

Nie wiedzieć, czy na złość Tomowi Hallowi, czy pozostali po prostu upodobali sobie taki pomysł, ale tak właśnie zakończyli wersję shareware. Takie rozwiązanie fabularne — jak kojarzę z opowieści w Internecie — faktycznie zostawiało ludzi w osłupieniu. Ja sam nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem począć. Zwłaszcza, że w kolejnym epizodzie, „The Shores of Hell”, gracz zaczyna jakby nigdy nic.

Podsumowanie

Porzućmy dalsze dociekania tego, co mogło chodzić twórcom po głowie oraz nad dalszymi podobieństwami i różnicami między Doomguyem i Buddym Dacotem. Osobiście moja ulubiona wersja jest taka, że bezimienny bohater gry zginął w pierwszym epizodzie i odrodził się jako nie do końca człowiek. Jako półdemon ruszył na podbój swojego nowego rodzaju. Trochę jak bunt w okresie dojrzewania.

Opowiadanie

Pierwotnie w tym miejscu miało znaleźć się miniopowiadanie, ale poniosło mnie i było pięć razy dłuższe od artykułu. W takim układzie rozważałem wrzucenie go osobno, ale odkryłem, że można wrzucać na Fan Fiction opowiadania również w naszym języku i postanowiłem skorzystać z tej sposobności. Opowiadanie można przeczytać tutaj: „Buddy Dacote”.


Bibliografia

  1. http://5years.doomworld.com/doombible/ — „Doom Bible”.
  2. http://en.wikipedia.org/wiki/Rise_of_the_Triad#Original_concept — fragment poświęcony pierwotnej koncepcji „Rise of the Triad”.
  3. http://www.doomworld.com/vb/doom-general/31891-doom-guy-buddy-dacote/ — dyskusja na forum Doomworld na temat podobieństw pomiędzy Buddym Dacotem a Doomguyem.

Przypisy

  1. Zdanie po napisaniu wygląda o wiele bardziej makabrycznie niż kiedy je układałem w głowie.
  2. Co mi przypomina Hey/Nosowską i tekst o tym, że „wieczność to tunel kończący się dupą”.
  3. Cytując za Doom Wiki: „Story in a game is like story in a porn movie. It's expected to be there, but it's not that important”.
  4. Jego pomysły jednak nie przepadły. Część z nich, w tym przede wszystkim wymyślone postaci, wykorzystał w „Rise of the Triad: Dark War” (które de facto zaczynało jako rozszerzenie do „Wolfensteina 3D”), a część podobno w „Terminal Velocity”. Jeszcze część odnalazła swoją drogę z powrotem do „Dooma” — w „Doomie 64” pojawia się jedna z broni opisanych w „Doom Bible”: Unmaker.
  5. (Ang.) Ginie na końcu tego epizodu.
  6. Dla niezorientowanych: shareware jest typem licencji, na mocy której udostępnia się graczowi dużą część gry — w przypadku „Dooma” była to 1/3 — a za resztę musi już zapłacić. Shareware nie jest popularnym obecnie modelem dystrybucji.
  7. W wersji roboczej nazywanych Bruiser Brothers.
  8. Niewidoczny na mapie. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że zaraz na początku poziomu gracz znajduje automapę. Teoretycznie ma więc prawo oczekiwać, że zna całą mapę. A tu niespodzianka.
  9. Oprócz przeciwników musimy stawić czoła także radioaktywnej podłodze.
  10. To będzie trochę bardziej odjechany przypis. Twórcy gry przyznali się do inspiracji Lovecraftem, znanym pisarzem grozy. Pisząc bodajże w „Resecie” o „Zewie Cthulhu”, RPG-u opartym na twórczości Lovecrafta, autor napisał, że ta gra ma dwa zakończenia — cmentarz albo szpital psychiatryczny. Gra była tak skonstruowana, że w trakcie kolejnych przygód stworzona przez gracza postać traciła albo zdrowie (które się regenerowało), albo poczytalność (która się nie regenerowała). Gracz mógł więc zginąć w trakcie przygody albo wyjść z niej z nadwątlonym zdrowiem psychicznym. Za którymś kolejnym razem zabawa się kończyła. Oddaje to szanse człowieka, jakie mieli bohaterowie prozy Lovecrafta. Zapamiętałem sobie te słowa — cmentarz albo szpital psychiatryczny. I wracając do „Dooma”: nawet po bohaterskim przejściu pierwszego epizodu i pokonaniu dwóch Rycerzy Piekieł, gracz ginie. Lovecraft w czystej postaci.