Jon Krazov prezentuje:

Wszystkie zagubione sezony

Andrew Eldritch zapowiedział, że nagra nowy album The Sisters of Mercy, jeśli Donald Trump zostanie prezydentem.

Rajmund

28 marca 2013, rano

 

Caleb obudził się w samochodzie. Był cały obolały i zmarznięty. To ostatnie nie powinno go dziwić, ponieważ zostawił otwarte szyby. Co tu robił? Samochód zaparkowany był w podłej dzielnicy magazynowej. Miejsce niegdyś kwitło, obecnie — kiedy kraj przeżywał kryzys — lepiej było tutaj nie wybierać się bez broni… którą de facto miał przy sobie. Co tu się stało? spytał się w duchu. Obserwował kogoś? Ale tutaj? Jakaś szemrana transakcja? Czy przyjeżdżałby tutaj sam jeden? Podniósł się i poczuł zakwasy.

— O święte rżnięcie! — zawołał.

Nagle w oknie samochodu pojawiła się twarz kobiety, jak uznał w pierwszej chwili, ale szybko stwierdził, że próbuje oszukiwać go makijażem. Miał przed sobą dziewczynę.

— Do usług — powiedziała i wtedy ją poznał. Była prostytutką, z którą widywał się czasami na gruncie zawodowym. Miała dobre oko do różnych szczegółów i kupował od niej informacje. Czasami się zastanawiał, dlaczego ze swoimi predyspozycjami trudni się najstarszym zawodem świata, ponieważ z powodzeniem mogłaby robić inne rzeczy. Przy prawie każdej okazji próbowała go zaciągnąć do łóżka; nie był pewien, czy jest przez nią wyjątkowo traktowany, czy to oferta składana różnych osobom.

— Holly Fuck — prawie zawołał.

— Już mówiłeś — odparła Holly. Miała czarne włosy, trochę w nieładzie, i usta wymalowane intensywnie czerwoną szminką, również trochę rozmazaną. Uśmiechnęła się, jakby była jeszcze naćpana po nocy. Pewnie była. — Numerek? — spytała. — Ze zniżką. Albo co tam, za darmo!

— Żona by mnie prześwięciła — odpowiedział Caleb.

— Ja jej nie powiem — odparła Holly, rozglądając się na boki.

— Co tu w ogóle robisz? — spytał Caleb.

— A ty? — spytała Holly. Przekomarzająca się jak zawsze.

— Spytałem pierwszy — rzucił szybko.

Holly westchnęła, jakby przegrała jakąś grę. Na pewno była jeszcze odurzona. Stwierdził, że robi trochę miny jak niewidome osoby, które nigdy nie nauczyły się mimiki od innych ludzi. Ale może to przez substancje krążące w jej krwiobiegu.

— Była impreza rave w jednym z magazynów. Wiesz, Calebuś, nikt ich nie pilnuje, to radosna ekipa to wykorzystuje. Były lasery, dragi i różni ludzie.

— Klienci? — zdziwił się.

Holly zaśmiała się.

— A w życiu. Biorą takie rzeczy, że im nie staje. Raz się wpakowałam. Nie, Calebuś, po prostu po staroświecku kradnę im portfele. Są tak nawaleni, że pewnie jeszcze nie zauważyli, że nie mają ich przy sobie. No i uznają, że je zgubili. Czysta kasa — zakończyła z dumą. — A ty co tu robisz?

W tym momencie zaczął dzwonić jego telefon.

— Poczekaj — powiedział i sięgnął do kieszeni po aparat. Spojrzał na wyświetlacz: mama. Odebrał. — Halo? — spytał.

Korzystając z jego nieuwagi, Holly wsiadła do samochodu. Próbował ją odgonić, ale z podzielnną uwagą nie był żadną przeszkodą.

— Caleb, kochanie, masz jakieś wieści o Owenie? — spytała matka. Miała przejęty głos.

— Nie, dlaczego?

— Mówił, że jedzie spotkać się z tobą.

Caleb rozejrzał się po samochodzie.

— Nie ma go ze mną. Nie pamiętam, żebym się z nim widział. W jakiej sprawie?

— Wyczytał coś w Internecie i chciał to sprawdzić.

Caleb westchnął.

— Typowe dla niego. Ale nie widziałem go wczoraj przez cały dzień.

— Jesteś pewien? — spytała matka.

— Tak. Jakbyś dowiedziała się czegoś nowego, to daj znać. Ja muszę kończyć — powiedział i szybko się rozłączył, ponieważ Holly rozpinała mu już rozporek. — Hej! — zawołał do niej.

 

 

27 marca 2013, rano

 

Caleb zamknął lodówkę i obrócił się w stronę swojego brata Owena.

— Że jak?! — spytał z niedowierzaniem. Niedowierzaniem i czymś w rodzaju pogardy za kupowanie najbardziej bzdurnych teorii spiskowych. Ta, swoją drogą, była wyjątkowo głupia.

— No mówię ci — odparł z niezmąconym przekonaniem Owen.

— Nie wierzę — stwierdził Caleb.

— Nie musisz — odparł trochę urażony Owen. — Potrzebuję twojej pomocy, nie wiary — dodał po chwili. Caleb widział, że trochę kosztuje go pozostanie na posterunku.

Przeszedł do salonu, gdzie upadł ciężko na kanapę i otworzył piwo. Jakby go tu spławić? zaczął się zastanawiać.

— Słuchaj, bardzo chętnie, ale mam spotkanie z klientem — powiedział. Oficjalnie był prywatnym detektywem, ale w praktyce był kimś w rodzaju mięśniaka do wynajęcia. Masz stalkera? A może dłużnika? Caleb Emerge Owensby się tym zajmie.

Niestety, i to zaniepokoiło Caleba, ale w odpowiedzi Owen wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu. Stał na środku jego salonu w niebieskich, workowatych dżinsach, czarnej bluzie z kapturem oraz białych adidasach i śmiał się jak niedorozwój. Caleb zresztą dawno go o to podejrzewał.

— Co? — spytał.

— Ja jestem tym klientem — odpowiedział. — Wiedziałem, że będziesz próbował wykręcić się w ten sposób.

Caleb westchnął.

— Uważam to za stratę czasu, okej? — spytał. — Pojedziemy nie wiadomo gdzie i będzie nas to tylko kosztowało benzynę.

— Zapłacę. — Owen nie odpuszczał.

— Nie masz swoich pieniędzy.

— Odkładałem od wielu miesięcy na czarną godzinę.

— I to jest czarna godzina?

— Możesz się przekomarzać, ale zdania nie zmienię. Słuchaj, pojedziesz tam ze mną albo nie, ale ja się wybieram tak czy siak. Jeżeli coś mi się stanie, to matka ci nie daruje.

Caleb spochmurniał. Odstawił piwo na niski stolik zawalony gazetami.

— Ty… — zaczął ze wściekłością w głosie. Głównie dlatego, że Owen miał rację. Matka ukrzyżowałaby go za to. Ba! Krzyżowałaby przy każdym spotkaniu. — Nie pozostawiasz mi wyboru.

— Czy to oznacza „tak”? — spytał podekscytowany Owen. Po nadąsaniu nie było śladu.

 

 

Wsiedli do samochodu. Trochę wysłużonego fastbacka z lat sześdziesiątych. Caleb uruchomił silnik.

— V8, muzyka dla moich uszu — powiedział, ale Owen nie zareagował na to w żaden sposób. Caleb wrzucił bieg i ruszył. — Okej, więc poproszę jeszcze raz i dużymi literami, żebym mógł to sobie jakoś poukładać — powiedział, choć prawda byłą inna: nie słuchał dokładnie, kiedy Owen dzielił się swoim odkryciem po raz pierwszy. Stwierdził, że to jakiś bełkot i wyłączył się. Odfiltrował to w czasie rzeczywistym.

— Siedzę na takim forum, gdzie dzielimy się — Owen zawahał się — pewnymi teoriami na temat rzeczywistości i różnych wydarzeń historycznych.

— Teoriami spiskowymi — skwitował Caleb.

— To jedno z określeń, niekoniecznie najbardziej adekwatne — stwierdził kwaśno Owen. — W każdym razie. Natrafiłem jakiś czas temu na ciekawą teorię i, wyobraź to sobie, sam nie bardzo w nią uwierzyłem. Była zbyt bzdurna nawet jak na moje standardy. Ale wiesz, co mówią o prawdzie. Nie musi być prawdopodobna ani nawet możliwa. W końcu jest prawdą.

— I co to za teoria? — spytał Caleb, starając się ze wszelkich sił nie brzmieć sarkastycznie.

— Oglądasz różne seriale, prawda? — spytał Owen.

Czy to jakaś pułapka? pomyślał Caleb. Czy powinienem odpowiedzieć wprost, czy kluczyć?

— Tak.

— Czasami zdarza się, że serial zostaje anulowany w dziwnym momencie, jakby urwany.

— Producenci nie zawsze znają się na wartości swoich seriali — wyjaśnił Caleb.

— To oficjalna wersja — powiedział chytrze Owen.

— A jak brzmi prawda?

— Tam, gdzie jedziemy, znajduje się magazyn zagubionych sezonów — wyjaśnił ze śmiertelnie poważną miną Owen.

Caleb parsknął śmiechem.

— No weź.

— Nie! — zawołał Owen. — Płacę za benzynę.

— No dobrze, dobrze.

Caleb pomyślał, że dojadą do jakiegoś pustego magazynu — na to przynajmniej wskazywał adres — i wrócą w sam raz na lunch.

— Ale czekaj — spytał. Jednak nie mógł się powstrzymać. — Jak to wygląda? Ktoś przychodzi do producentów i mówi, że z jakiegoś powodu mają nie kręcić kolejnego sezonu?

— Nie, wtedy by było w najlepszym wypadku tak jak w wersji oficjalnej. Oni z jakiegoś powodu zamykają gotowe sezony.

— Ale to nie „House of Cards” czy „Black Mirror”, że można zdjąć serial już po nakręceniu go. Przecież takie „Elementary” czy „Mentalista” powstają na bieżąco — zaoponował Caleb. Chcąc nie chcąc wciągał się w tę farsę.

— No właśnie, „Mentalista” — powiedział Owen.

— Co z nim?

— Z jego powodu jedziemy do magazynu zagubionych sezonów.

— Jak to?

— Pojawiła się plotka, że ma być kolejnym znikniętym sezonem. I to w przededniu pojmania Czerwonego Johna. Wiadomo bowiem, że w piątym sezonie go nie złapią, a mają podpisane kontrakty do szóstego włącznie. W każdym razie mam nadzieję, że uda się to powstrzymać.

— Powstrzymać? — zdziwił się Caleb. — Nie mówię, że wierzę w to, co mówisz, ale jeżeli prawdą jest, że potrafią w jakiś sposób wycofać gotowy serial, to mogą być trudni do przekonania, żeby akurat „Mentalistę” oszczędzili. Dlaczego by mieli?

Owen zamyślił się.

— To dobre pytanie — odpowiedział. Caleb uśmiechnął się zadowolony. — Nie psujmy go odpowiedzią — stwierdził jednak Owen.

— CO?! — zdenerwował się Caleb.

— Trzymajmy to pytanie z tyłu głowy, ponieważ jest istotne, ale na razie mam za mało informacji.

— Potem możesz mieć z kolei za mało czasu — zauważył Caleb.

— Wiem, że chcesz mnie odwieść od tego pomysłu, ale no wiesz, jak chcesz, to mnie tylko zawieź.

— …i pozwól się pokroić jakiemuś degeneratowi, który podrzucił ci adres na forum — dokończył Caleb. — Nawet nie wiesz, do czego ci popaprańcy są zdolni.

— Wręcz przeciwnie — odparł rzeczowym tonem Owen. — Dużo czytałem na ten temat w sieci.

Caleb westchnął.

— Jesteś niezatapialny.

Owen uśmiechnął się z dumą, ale spojrzenie Caleba zmyło mu uśmiech z twarzy.

 

 

Zaparkowali kawałek dalej i podeszli, a raczej podkradli się pod miejsce, które Owen znalazł na forum. Zgodnie z oczekiwaniami była to rozlatująca się rudera. Caleb wyciągnął rewolwer i sprawdził, czy jest naładowany.

— Po co ci to? — spytał przestraszony Owen.

— Być może wierzysz w krasnoludki i podwodne cywilizacje, ale z mojego punktu widzenia jakiś degenerat, może nawet ten kanibal, który ostatnio grasuje w mieście, mógł cię tu ściągnąć, żeby coś ci zrobić. Jestem twoim bratem i zamierzam cię chronić, a skoro już wybrałeś mnie zamiast kogoś innego do towarzyszenia ci, to uszanuj moje metody pracy.

— No dobra — niechętnie zgodził się Owen.

— Git SVN.

Teren wyglądał czysto. Nikt nie przygotował zasadzki. Caleb zaczynał podejrzewać, że Owen padł ofiarą nie jakiegoś zboczeńca, lecz najpospolitszego trolla, który zwabił jego opóźnionego w rozwoju braciszka na jakieś zadupie.

— To nie wygląda obiecująco — powiedział Caleb, żeby przygotować go na rozczarowanie.

— Dziwne, że taki z ciebie detektyw, a nabierasz się na najprostsze triki — odpowiedział trochę złośliwym tonem Owen.

— Jestem bardziej zbirem do wynajęcia, detektyw po prostu wygląda lepiej na wizytówce — wyjaśnił Caleb.

Owen machnął na to ręką, wyszedł z ukrycia i żwawym krokiem ruszył w stronę wejścia do magazynu. Caleb prawie krzyknął, że to może być pułapka, ale sam nie wierzył już w teorię ze zboczeńcem. Dołączył do brata, choć nie schował broni.

Bramka magazynu zamknięta była na kłódkę, ale mocniejszy kopniak rozwiązał im ten problem. Weszli do pustego, ciemnego magazynu. Owen wyciągnął zza pazuchy latarkę i wyłowił snopem światła puste regały.

— Widzisz — powiedział Caleb, ale Owen tylko parsknął i ruszył dalej.

W tym momencie Caleb rozważał, że największe zagrożenie czai się na nich ze strony przerośniętych szczurów, które mogą czaić się w takim miejscu.

Okazało się, że na końcu magazynu znajdowała się duża czarna zasłona z jakiegoś ciężkiego materiału. Bo na regałach nic nie było. Może poza brudem. Owen rozchylił zasłonę i oczy obydwu poraziło bardzo jasne światło. Caleb dostrzegł, że Owen wszedł do światła. I cóż było zrobić? Dołączył do niego.

Znaleźli się w kolejnym magazynie. Ten dla odmiany był sterylnie czysty. Utrzymany w różnych odcieniach szarego ciągnął się po horyzont. To na pewno nie mieściło się w tym magazynie, który widzieli z zewnątrz. Caleb obejrzał się za siebie i… okazało się, że stoją pod ścianą. Wejście, którym się tu dostali, zniknęło!

— Owen, zobacz — powiedział, ale Owen całkiem już oderwał się od rzeczywistości i ruszył w magazyn. — Hej! Musimy stąd wyjść!

Owen obrócił się.

— Być może, ale, jak widzisz, za nami go nie ma, więc pozostaje iść przed siebie — powiedział trochę z jakąś wyższością w głosie.

— Co ty nie powiesz, mądralo.

W milczeniu ruszyli wzdłuż regałów. Wszystkie były wypełnione identycznymi pudłami. Caleb olał w pewnym momencie Owena — choć nie spuszczał z niego oka — i postanowił otworzyć jedno z pudeł. Było bardzo lekkie i okazało się puste. Spróbował z kilkoma innymi i wynik był za każdym razem taki sam. Dogonił więc Owena. Biegnąc, rozmyślał nad jakimś systemem oznaczania drogi, żeby można ją było odtworzyć, ale nie miał przy sobie niczego, co by można zostawiać na zakrętach.

— Owen, czy masz jakiś system? — spytał Caleb i postarał się, żeby nie brzmiało to jak przytyk. Chciał się stąd po prostu wydostać.

— System? — zdziwił się jego brat. Sprawiał wrażenie wyrwanego z jakiegoś transu.

— Odkrywania tego miejsca. Czy może chodzimy bez żadnego planu?

— Ahaha — odparł Owen, jakby Caleb się z niego naśmiewał.

— Nie, czekaj. Pytam serio: czy wiesz, co robisz? Jesteśmy w dziwnym miejscu, z którego nie ma wyjścia. Za chwilę zrobimy się głodni, a jeszcze później senni. Co wtedy?

Owen myślał chwilę.

— Myślę, że to miejsce jest tylko fasadą. Podobnie jak poprzedni magazyn. Nie szukam żadnej drogi, tylko sposobu zejścia na niższy poziom abstrakcji. Ktokolwiek to postawił, postarał się.

Caleb nie całkiem zrozumiał.

— Jak mogę pomóc?

— Możesz mi nie przeszkadzać.

Przez następny kwadrans chodzili tam i nazad pomiędzy regałami, aż stała się kolejna niezrozumiała dla Caleba rzecz: dotarli do ściany. W magazynie, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, dotarli do ściany.

— Jak to zrobiłeś? — spytał Caleb z autentycznym uznaniem. A może tylko brakiem zrozumienia.

Owen uśmiechnął się z dumą.

— Przygotowałem się. Miejsce, w którym teraz jesteśmy, jest w istocie iluzją, złudzeniem. Ale nie można tego od tak przedstawić. Znalazłem kilka poradników dotyczących magii i z nich nauczyłem się kilku rzeczy. Ale — i tutaj aż westchnął z emocji — nigdy nie miałem okazji przetestować tych umiejętności.

— Magii? — spytał z niedowierzaniem Caleb, po czym rozejrzał się dookoła. — Żałuję, że się z tobą zabrałem.

— Będziesz wdzięczny, jak zobaczysz, kim był Czerwony John.

Caleb chciał odpowiedzieć na to coś mądrego, a potem tylko złośliwego, ale w końcu nic nie przyszło mu do głowy. A potem było już za późno.

Ruszyli wzdłuż ściany i dotarli do ciemnoszarych drzwi z jakiejś sklejki.

— Jesteśmy już blisko — powiedział Owen. Dla Caleba to już jakiś czas temu przekroczyło granice pojmowania.

Owen otworzył drzwi i tym razem, dla odmiany, powitała ich nieprzenikniona ciemność.

— Chyba nie chcesz tam wejść — powiedział Caleb.

— W ogóle mnie nie słuchałeś. Nie ma żadnego „tam”. Jest tylko kolejna warstwa złudzenia. Jeżeli jednak dobrze rozumuję, to już ostatnia. W sensie, jeżeli wejdziemy tam teraz, to znajdziemy się we właściwym magazynie — wyjaśnił Owen.

— Super — odparł Caleb bez entuzjazmu.

Owen zignorował go i wszedł do środka. Caleb wziął głęboki oddech, sprawdził, że ma broń w ręce i wszedł za nim. Nic się nie stało. Byli w ciemnym, że oko wykol, pomieszczeniu. Owen podszedł do drzwi i zamknął je. Pochłonęła ich nieprzenikniona ciemność. To koniec, pomyślał Caleb. Jednocześnie zaczął się zastanawiać, czy nie podano im w jakiś sposób narkotyków i być może nadal siedzą w samochodzie albo co najmniej w tym pierwszym magazynie.

W miarę jednak, jak jego oczy zaczęły przyzwyczajać się do ciemności, widział coraz więcej i więcej. Powoli nieprzenikniony mrok stawał się przenikniony. Pierwsze wyłoniły się kamienne kolumny, pokryte kwadratowymi zdobieniami. Caleb nie znał się na sztuce ludowej, ale kojarzył te wzory z jakimiś Inkami albo Majami. Kolumn przybywało i okazały się wysokie. Wyglądało to, jakby byli w jakiejś starej świątyni. Owen cały czas stał obok niego.

— Widzisz już wszystko? — spytał z troską.

— Tak sądzę.

— Dotarliśmy do właściwego magazynu zagubionych sezonów — powiedział nad wyraz spokojnie Owen. Następnie wskazał na stojącego na platformie trzy stopnie wyżej osobnika w szacie z kapturem. Trochę jak habit, tylko zdobiony. Owen ruszył w jego kierunku. Caleb ruszył za nim, z bronią w gotowości.

— Witajcie, śmiertelnicy — oznajmił głębokim i uroczystym głosem zakapturzony osobnik.

— Żądamy seriali! — zawołał w jego stronę wściekły Owen.

Zakapturzony osobnik milczał chwilę, po czym skłonił się lekko i uniosłszy swą prawicę, wskazał na wejście w azteckiej ścianie i cała trójka tam podążyła. Znaleźli się w magazynie. Kolejnym, westchnął Caleb. Na regałach, zbudowanych z tych samych kwadratowych plafonów, znajdowały się kamienne obiekty, swoiste odpowiedniki pudeł z poprzedniego magazynu.

— Przedstaw się — powiedział do zakapturzonego osobnika rozkazującym tonem Owen.

— Jestem Zak Oes — wykonał bez cienia obruszenia zakapturzony osobnik.

Caleb zbliżył się trochę w jego kierunku i dostrzegł, że twarz pod kapturem skryta jest za czarną maską przedstawiającą ludzką czaszkę. Maska była w tym samym stylu, co ściany.

— Czy w tych pudłach są seriale? — spytał Owen.

Caleb podszedł do pierwszego „pudła” i przeczytał napis wykuty w nim: TWIN PEAKS, SEZON 3. Aż mu zaparło dech w piersi. Był wkurzony okienkiem, które nigdy nie zostało wykorzystane. Agent Cooper wali głową w lustro i mówi „Annie? Annie?”. Co było dalej?! Urwane. Na pojemniku obok było wykute THE HOUR, SEZON 3. Pobili Ben Whishawa i co dalej? Urwane! Po raz kolejny. I wtedy spojrzał na kolejny pojemnik, i czara goryczy się przelała.

— „Ziemia 2”! — krzyknął wściekły. — Taki dobry serial!

— No widzisz, chcę tego samego oszczędzić „Mentaliście” — powiedział Owen. — Mam nadzieję, że w końcu zrozumiałeś.

Caleb patrzył cały czas na trzymany w dłoni rewolwer. Podszedł do Zaka Oesa i przyłożył mu lufę do głowy.

— Macie przywrócić te sezony, które tu znalazłem.

— Obawiam się, że to niemożliwe — odpowiedział jakiś nowy głos. — Pomijając już fakt, że Zak OS ma ograniczone możliwości.

Obydwaj z Owenem obrócili się, by dostrzec dość osobliwego jegomościa. Ubrany był w kurtkę pilota, podkoszulek w kolorze khaki, obcisłe spodnie z kieszeniami na udach oraz trzewiki. Ale to nie jego ubiór był osobliwy, a skóra. Była czarna. I nie chodziło o to, że był Murzynem. Była czarna jak #000000. Z tego też powodu nie dało się wychwycić wiele cech wyglądu. Najbardziej rzucały się w oczy trzy rogi: jeden sterczał pionowo do góry z czubka głowy, a dwa pozostałe zaginały się łukowato w dół nad uszami. Czarną plamę głowy rozjaśniały jedynie białka oczu i zęby widoczne podczas mówienia.

— Kim jesteś? — spytał Owen tym samym władczym tonem. — Przedstaw się.

— Nim czas był, ja byłem — odpowiedział osobnik enigmatycznie. — Nazywam się Zebulon Bladder i chętnie odpowiem na wszystkie pytania.

— Ja jestem Owen, a to mój brat Caleb.

— Ile gotuje się ziemniaki? — spytał szybko Caleb. Zaskoczony Owen spojrzał na niego nieomalże karcąco. — To rezerwowe pytanie, jakie zadaję ludziom, którzy mówią, żeby pytać ich o cokolwiek — wyjaśnił.

— Ale to nie jest człowiek — zwrócił uwagę Owen.

— Aż nie zmiękną — odpowiedział Zebulon.

— Powiedziałeś, że nazywasz się Bladder? Pęcherz moczowy? — znowu zmienił temat Caleb.

— Moje prawdziwe imię lub to, co jest najbliżej imienia w ludzkim rozumieniu, nie jest możliwe do wymówienia przy pomocy waszego języka — powiedział.

— Wygodne — odparł Caleb. Owen szturchnął go.

— Prawdziwe — stwierdził Zebulon. — Ale nie jesteście tutaj, żeby bawić się w kazuistykę.

— Cokolwiek to jest — wyrwało się Calebowi.

— Opowiedz nam o serialach — powiedział Owen.

— Naturalnie. Na początek chciałbym tylko złożyć wyrazy uznania za znalezienie nas. Nie zdarza się to często — przyznał Zebulon. Jego wypowiedzi brzmiały, jak ułożone, ale ułożone idealnie.

— To moja robota — powiedział z dumą Owen.

— Jak tego dokonałeś? — spytał Zebulon.

— Musiałem sięgnąć do wielu źródeł i porozmawiać z różnymi ludźmi, ale w końcu trafiłem tutaj. Nie zamierzam, oczywiście, ujawniać tego, co tu robicie. Chodzi mi jedynie o „Mentalistę”. Nie wytrzymam, jeżeli nie dowiem się, kim jest Czerwony John — wyjaśnił Owen.

— Nie zamierzasz ujawnić tego, co tu robimy — powtórzył Zebulon bez cienia emocji. — To miłe — dodał i Caleb, pomimo iż bardzo tego chciał, nie potrafił doszukać się w jego głosie żadnego sarkazmu.

— Okej, to przejdźmy do rzeczy — powiedział Owen chytrym tonem. — Co tu się dzieje?

— To bardzo złożone pytanie, ale można je rozbić na dwa aspekty: jak i dlaczego?

— Zacznijmy od „jak” — zdecydował Owen, a Caleb nie oponował.

— Jesteśmy przedstawicielami przedwiecznej rasy. Żyjemy pośród ludźmi od waszego zawsze. Nie zauważacie nas, a i my zachowujemy neutralność. Taki układ nas urządza i to bardzo. To, co się tutaj odbywa, związane jest z naszymi umiejętnościami. Potrafimy zapominać rzeczy.

— Gdybyś wiedział, ile ja do tej pory zapomniałem, to byś się tak nie chełpił — powiedział prowokacyjnie Caleb. Owen oczywiście wyraził swoje niezadowolenie odpowiednią miną.

Zebulon nie wydawał się dotknięty. A może po prostu nie rozumiał sarkazmu, tego wspaniałego środka komunikacji?

— Rzecz w tym, że potrafimy to zapominać u innych. Potrafimy sprawić, że wszelka pamięć o wydarzeniach lub przedmiotach przepada — wyjaśnił spokojnie Zebulon.

— Wpinacie się ludziom do głów i czyścicie je? — spytał Caleb, sam nie bardzo wiedząc, co mówi. Wyglądało jednak na to, że nie było to całkiem pozbawione sensu, ponieważ Zebulon jął się odnosić do jego pytania.

— Nie, to byłoby niepraktyczne, jak mniemam — powiedział. Caleb po raz kolejny próbował wychwycić jakiś ton w głosie. Na próżno. — Wpinamy się w rzeczywistość na o wiele niższym poziomie: jej samej. Ciężko to wytłumaczyć komuś o waszych możliwościach umysłowych. Czas dla nas nie istnieje, w związku z czym, jeżeli coś ma zniknąć, to usuwamy to, pomimo iż już to powstało, przynajmniej patrząc z punktu widzenia koncepcji liniowego czasu. Nie sądzę, bym lepiej to mógł wyjaśnić. Nie chciałbym, abyście pomyśleli, że mam was za skończonych idiotów czy coś w tym stylu. Nie uważamy się za lepszych, tylko po prostu innych. Jedną z zalet bycia innymi jest możliwość manipulowania przy pamięci. Czasami, jak patrzę na was, ludzie, i wasze zachowania, to myślę, że liniowe postrzeganie czasu również ma swoje zalety. Niestety nigdy nie będzie nam dane tego zasmakować. I jest to coś, z czym muszę nauczyć się żyć.

— To wszystko bardzo niesamowite — powiedział Owen, autentycznie zachwycony.

Caleb nie podzielał jego entuzjazmu.

— Ale… po co? — spytał trochę zdegustowany.

— A oto i drugi aspekt — powiedział Zebulon, jakby dotarli do dawno wyznaczonego punktu, pomyślał Caleb i zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie tak to widział.

— Jako zawodowi zapominacze nie mamy własnej agendy w pozbywaniu się finałowych, najczęściej, sezonów seriali. Jesteśmy jedynie podwykonawcami.

— Nie wierzę własnym uszom — odparł Caleb.

— Rzeczywistość, również na innych płaszczyznach, potrafi być bardzo prozaiczna — odrzekł Zebulon prawie że filozoficznym tonem, ale z drugiej strony, może Caleb zaczynał sobie już dopowiadać. Neutralność Zebulona, ta swoista pustka za fasadą czarnej sylwetki, zaczynała go coraz bardziej męczyć.

— To ja mam najważniejsze tego wieczoru pytanie — udało się wtrącić Owenowi. Nie potrafił przerwać swojemu bratu. — Kto to zleca?

— Bóg wojny — odpowiedział Zebulon.

— Co? — po raz kolejny tego wieczoru Caleb zaprotestował. — Jaki bóg wojny?

— Jest jeden. Ma wiele imion, jak wszyscy bogowie, ale my będziemy go nazywali na potrzeby tej rozmowy Bellumem Guerrą. Według niektórych nie jest w ogóle bogiem, lecz kimś w rodzaju ducha, ucieleśnienia. Istnieją prawdopodobnie również bardziej niekorzystne interpretacje jego natury. Niezależnie od przynależności żadna wojna nie ma miejsca bez jego przyzwolenia. Lecz, jak się okazuje, można go obłaskawić.

— I przyjmuje seriale w ofierze — powiedział, bo nawet nie spytał, Caleb, przy czym zrobił to z całym dostępnym sobie sarkazmem.

— Ostatni raz cię gdzieś zabieram ze sobą — stwierdził w tym momencie Owen. — Wynajmę tego gościa z brodą.

— Wallace’a?! — oburzył się Caleb. — On dopiero komentuje wszystko.

— Panowie — napomniał (chyba, bo z tonu ciężko by to było odczytać) ich Zebulon, a następnie zwrócił się do Caleba: — Tak, przyjmuje w ofierze seriale. Z naszego punktu widzenia taka ofiara nie różni się wiele od składania w ofierze baranka lub kozła czy innych ludzi.

Caleb nadal nie mógł w to uwierzyć. Wieczór był dziwny i miał okazję zobaczyć rzeczy, o których wielu się nie śniło, ale to było zbyt przegięte.

— Ale… seriale? — spytał tylko w jakimś otępieniu.

— Najczęściej finałowe sezony, choć ostatnimi czasy wyjątki robią się coraz liczniejsze. I tylko dobre — uściślił Zebulon. — W ten sposób na przykład „Dexter” się wywinął. Guerra Bellum uznał, że serial nie przedstawia sobą pożądanej wartości.

— Przecież nie było jeszcze wszystkich — odparł Zebulon.

— Skucha — powiedział Zebulon. — Z kiedy przybywacie?

— Marzec dwa tysiące trzynaście — odpowiedział Caleb.

— Dwudziesty siódmy marca — uściślił Owen.

— Nie wiem, czy się jakoś zwiedzieli, ale spartaczą ostatni sezon. Możecie sobie go równie dobrze odpuścić. Najbardziej Belluma Guerrę rozsierdził finałowy odcinek.

— Mniejsza z „Dexterem”. Dlaczego seriale? Co to ma być za ofiara? — drążył Caleb.

— Wyobraź sobie arcydzieło, którego odmówiono ludzkości. To rodzi frustrację. To, jak uznał Bellum Guerra, jest wystarczającą ofiarą.

— Czy to oznacza, że te genialne finałowe sezony, które przetrwały, nie umywają się do tych zlikwidowanych? — spytał Owen.

— Nie wszystkie dobre sezony zostają poświęcone. Wiele z nich zostaje oszczędzonych. Czasami ci, którzy decydują w imieniu ludzkości, kierują się osobistymi sympatiami. Jest to postrzegane jako karygodne przez was samych, ale ma miejsce.

— I kto decyduje po stronie ludzkości? — spytał Caleb.

— Jest specjalne przedstawicielstwo. Stowarzyszenie ludzi w kapturach. Nie dotrzesz do nich, jeśli o tym myślisz. Są bardzo tajni. A zresztą w razie wpadki mogą liczyć na odrobinkę zapomnienia, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć — wyjaśnił Zebulon.

— Pokręcone — powiedział w końcu Caleb.

— To teraz najważniejsze — powiedział Owen i pozostali spojrzeli na niego. — Przybyliśmy tutaj ocalić od zapomnienia następny sezon „Mentalisty”. Udało mi się ustalić, że jest do zdjęcia.

— To prawda, „Mentalista” został poświęcony — przyznał Zebulon.

— Jednak — stwierdził Caleb. Nagle poczuł zmęczenie. Miał ochotę wrócić do domu. — Jak się stąd wydostać?

— Już niedługo — odpowiedział Zebulon.

Coś tknęło Caleba. Może nie myślał o sobie wysoko w kategoriach detektywa, ale miał do czynienia z tą robotą. A może po prostu miał intuicję.

— Co to znaczy? — spytał. — „Już niedługo”? Gracie na zwłokę?

— Tak — odpowiedział szczerze Zebulon.

— Po co?

— W trakcie, jak rozmawiamy, przenoszone jest wejście do miejsca, w którym się znajdujemy. Magazyn, który odnaleźliście, będzie zwykłym magazynem.

— Podobno żyjecie poza czasem — zauważył Caleb, dostrzegając niekonsekwencję.

— To bardziej kwestia postrzegania. Nie postrzegamy czasu liniowo. Wy tak i dlatego musiałem was zagadać. Doszło do kolizji percepcji.

— „Kolizji percepcji”. Brzmi bardzo pretensjonalnie — odciął się Caleb.

— Nie chciałbym, żebyś poczuł się atakowany. Nie to było moją intencją — oświadczył Zebulon.

— No właśnie, intencje! — zawołał Caleb, rozsierdzony niczym bóg wojny ostatnim sezonem „Dextera”. — Cokolwiek by o tobie, was!, można powiedzieć, to na pewno nie to, że macie jakieś intencje.

— To osobliwość mentalna — odpowiedział Zebulon.

— Co to jest?

— W skrócie — wtrącił się Owen — oznacza to, że między nami a nimi jest zbyt wielka różnica i nawiązanie połączenia jest nieosiągalne. Możemy się jedynie wymienić informacjami. Co zresztą robimy.

— To jakieś bzdury — zaprotestował Caleb. — Jakbyście chcieli…

— Nie mamy czasu na to — przerwał mu Owen i brzmiał nad wyraz, jak na niego, asertywnie. Caleb zamilkł. — Zebulonie, wiem, co za chwilę nastąpi, ale zanim do tego dojdzie, pragnę zapytać, czy jest coś takiego, co mógłbym zrobić, żeby dowiedzieć się, kim jest Czerwony John?

— Wziąć odpowiedzialność — odrzekł Zebulon.

— Za jakąś wojnę — powiedział Owen.

— Tak.

— Mogę wiedzieć jaką?

— Wojna domowa na Ukrainie, mniej więcej za rok. Guerra Bellum już odwlekał ją kilkakrotnie.

Caleb nie potrafił powiedzieć, gdzie właściwie leży Ukraina. Chyba w Rosji. Postanowił się jednak nie ujawniać ze swoją ignorancją. Lepiej milczeć niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości, jak to mawiają. A może to była taktyka, której uczono panienek z dobrych domów w dziewiętnastym wieku? zaczął się zastanawiać. W końcu powiedział jednak:

— Ale decyzja już zapadła.

— Tak — zgodził się z nim Zebulon — niemniej jako podwykonawca mamy pewną autonomię. Jeżeli chcemy, możemy nie wykonać polecenia. Naszym klientem nie jest ludzkość, a Bellum Guerra, któremu nie robi większej różnicy, czy dojdzie do wojny, czy wspaniały serial przepadnie. Rzadko korzystamy z tej możliwości, ponieważ byłoby to nieprofesjonalne, ale dla ciebie, Owenie, możemy zrobić wyjątek.

— Dlaczego? — spytał Caleb podejrzliwie.

— Jesteś pierwszym człowiekiem, który nas nie tylko odkrył, ale zlokalizował, a następnie złamał nasze magiczne zabezpieczenia. To imponujące. W ramach uznania podjęliśmy decyzję o nadaniu ci nadrzędnego głosu nad przedstawicielami ludzkości, z którymi się na ogół kontaktujemy.

— To znaczy, że mogę uratować „Mentalistę”? — spytał uradowany Owen.

— Tak, ale twoja decyzja wpłynie na losy świata w znacznie większym stopniu, niż być może ci się wydaje — odparł Zebulon. — Mówimy o wojnie w Europie Środkowej. Wojnie, która przerodzi się w kolejną Zimną Wojnę pomiędzy Rosją a tak zwanym światem zachodnim. Jeżeli nie masz z tym problemu, to powiedz.

— Ratujcie serial — powiedział Owen nim Caleb zdążył go powstrzymać. Sama Ukraina go tak nie interesowała, ale ta Zimna Wojna bardziej. Zastanawiał się, czy znowu będzie wisiało nad światem widmo wojny nuklearnej.

— Chwila! — zawołał.

— Za późno — powiedział Zebulon. — Stało się.

— Cholera — powiedział do siebie Caleb. — Ale mam pytanie z innej beczki.

— Tak?

— Skoro tym wojnom już zapobieżono, to może dacie mi rzucić okiem na to, co ucięliście. Poza tymi trzema chętnie dowiedziałbym się, co było chociażby w drugim sezonie „Charliego Jade’a”.

Po prawdzie, od początku chciał o to poprosić, ale czuł, że moment jeszcze nie jest odpowiedni. Teraz nie miał już nic do stracenia.

— To nie działa w ten sposób — odparł Zebulon. — Seriale zostały bezpowrotnie usunięte. Na tym polega ofiara złożona Guerrze Bellumowi.

— Ale pojemniki… — powiedział błagalnym tonem Caleb.

— To nie są pojemniki. To jedyne ślady po serialach. Rozliczamy się na tej podstawie. Do samych seriali nikt nie ma dostępu. Ani my, ani Bellum Guerra. Nikt.

Caleb zwiesił ręce w rozpaczy.

— Rozumiem.

— Ale to i tak by było daremne — powiedział Owen.

— Dlaczego? — spytał Caleb.

— Bardzo miło nam się rozmawia, ale przecież nie wypuścicie nas z tą całą wiedzą, prawda? — spytał Owen.

— Dokładnie tak — powiedział Zebulon.

Caleb postanowił spróbować zmieszania szyków.

— Powiedz, nie jesteś wcale czarny, prawda?

— Nie, wymazuję w każdej chwili swój prawdziwy wizerunek. Większość ludzi widzi mnie jako czarną plamę, przynajmniej tam, gdzie jest moja skóra, ale niektóre wady wzroku powodują inne postrzeganie. Nadal jednak nikt nie zapamiętuje jak wyglądam. Można to nazwać formą kreacji. Niektórzy z nas usuwają znacznie więcej i zapamiętywani są jako jedna wielka plama.

— Więc to wszystko przepadnie — powiedział zasmucony Owen. — Cała ta wiedza, miesiące poszukiwań…

— No właśnie, trochę usuwania. Ciężko powiedzieć, jakie byłyby konsekwencje. Jeśli chodzi o ciebie, to mamy dla ciebie propozycję.

Owen przełknął ślinę.

— Tak? — spytał z przejęciem.

— Dołącz do nas — powiedział Zebulon.

Caleb podniósł broń i wycelował w jego głowę.

— Nic z tego. Nigdzie go nie zabieracie — oznajmił. — Wychodzimy.

— Pomyśl, człowieku — powiedział Zebulon. — Mogę sprawić, że w tej chwili zapomnisz, dlaczego podniosłeś broń. Dlaczego tu w ogóle jesteś. Z racji na wasze postrzeganie czasu mogłeś mieć wrażenie, że masz jakiś wpływ na wydarzenia. Nie masz. Na swój sposób byliście zgubieni w momencie wejścia do magazynu. Byłem miły, ponieważ, paradoksalnie, chciałem kupić trochę czasu, ale dokonaliśmy już relokacji.

— Jeżeli jest tak, jak mówisz, to znasz moją odpowiedź — powiedział Owen.

— Tak — odparł Zebulon. — Musiałem powiedzieć pewne rzeczy, ponieważ zostały powiedziane, ale dla mnie było to całkowicie zbędne.

— Co? Chwila! Jaką odpowiedź? — spytał trochę przerażony Caleb. — Owen, wychodzimy.

— Nie, Caleb. Opuść broń. Na nic się to nie zda. — Owen spojrzał na Zebulona. — Czy ty dokonasz zapomnienia?

— Nie — odpowiedział Zebulon. — Zrobi to John.

— Jaki znowu John? — spytał Caleb. Oblewał go zimny pot i bardzo dobrze wiedział, że niczego tu nie kontroluje. A jednak nie potrafił odpuścić.

— John jest tu z nami od początku rozmowy, ale całkowicie zapomnieliście o jego obecności — wyjaśnił Zebulon.

Nagle Caleb go dostrzegł. Przypominał czarną sylwetkę mężczyzny w płaszczu. Jakby był wycięty nożyczkami ze zdjęcia, za którym jest czarne tło. Wycelował w niego.

Ale dlaczego właściwie? Dlaczego celował? pomyślał.

I gdzie właściwie był? Obok niego stał jego brat oraz dwóch osobników. Obydwaj byli czarni. Jeden miał trzy rogi i kurtkę pilota, podczas gdy drugi przypominał kontur wycięty nożyczkami ze zdjęcia, za którym jest czarne tło. Dziwne. Spojrzał na swoją broń.

— Jak się tu znalazłem? — spytał drugiego człowieka, z którym tu był. — Znamy się?

Mężczyzna uśmiechnął się. Miał w sobie coś z nerda.

— Wszystko będzie dobrze — powiedział mężczyzna.

— Dlaczego coś takiego powiedziałeś? — spytał Caleb i zaczął się zastanawiać, co właściwie mężczyzna powiedział. Nie pamiętał co. Nie pamiętał również, o co właśnie spytał. I czy pytał. Zaczął się zastanawiać, czy nie podano mu jakichś narkotyków. Chwilę później niczego już nie pamiętał.

 

 

28 marca 2013, rano

 

Holly wycofała się.

— No dobra, dobra — powiedziała, znowu jakby przegrała jakąś grę. — A zawieziesz mnie do centrum? — spytała robiąc maślane oczy.

— Tylko jeżeli będziesz siedziała tak daleko ode mnie, że dalej byłoby już na ulicy — powiedział Caleb. Nie chodziło o to, że nie rozważał jej propozycji. Miał jednak żonę, na punkcie której szalał, nawet jeżeli była przysłowiową zimną rybą. A poza tym było w Holly Fuck coś odpychającego. Nie potrafił tego określić, ale to w niej było. Coś dziwnego.

Uruchomił samochód. Radio zaczęło grać jakąś melodię country.

— O niee… — jęknęła Holly. — Co za psychotyczny, szczurzy bękart grałby tę piosenkę teraz, w tym momencie? — spytała.

Caleb nie odpowiedział, ponieważ zaczął zastanawiać się, skąd wzięła ten tekst i chwilę mu to zajęło. Przede wszystkim jednak było to pytanie retoryczne. Zmienił stację. W nowym radiu leciało „Somebody That I Used to Know” Gotye. Spojrzał na Holly i ten utwór był dla niej okej.

— A, dowiedziałam się wczoraj na imprezie czegoś ciekawego — powiedziała Holly. — Chyba wczoraj — dodała, ale jakby bardziej do siebie.

— No? — spytał Caleb bez zainteresowania, ale obawiał się, że jeśli nie spyta, to znowu zacznie się do niego dobierać.

— Będzie szósty sezon „Mentalisty”.

Caleb pomyślał o swoim bracie, który bardzo lubił ten serial. Na pewno się ucieszy. Chyba by go skręciło, gdyby nie przedłużyli serialu. Swoją drogą, ciekawe, gdzie przebywa? pomyślał Caleb. Znikanie było zupełnie nie w jego stylu. Spojrzał przed siebie. Centrum było już niedaleko. Wysadzi Holly przy pierwszej okazji. Jeżeli będzie musiał, wyrzuci ją z samochodu siłą.

 

 

Poza czasem…

 

Nie nazywa się już Owen. Jest teraz Neksusem. Według Zebulona tak jest łatwiej. Porzucić wszystko i nagim przejść przez bramę przedwiecznej rasy, która potrafi usuwać z materii rzeczywistości odniesienia do dowolnej rzeczy lub osoby. Ale, ale — po raz kolejny osobliwość mentalna dała o sobie znać: zapominacze nie są rasą w ludzkim rozumieniu. Bardziej grupą wtajemniczonych. To właściwie niesamowite, że potrafili się dogadać w mauzoleum poświęconych seriali. Teraz rozumieją się o wiele lepiej. Neksus uczy się podróżowania po czasie, jakby był leśną polaną. Z początku było to trudne, potem przestał patrzeć na to jak na początek.

Jest 28 marca 2013. Dzień po tym, jak podano do wiadomości, że „Mentalista” nie zostanie anulowany. Świat pozna dzięki temu Czerwonego Johna. Neksus już go zna. Jest to pierwsza rzecz, jaką podgląda w przyszłości. Teraz jednak, w ten poranek 28 marca, stoi za samochodem i przyląda się jak jego brat Caleb rozmawia z prostytutką, która przyplątała się nie wiedzieć skąd. Neksus mówi jej, że „Mentalista” jest przedłużony i żeby powiedziała to Calebowi, po czym usuwa się z jej pamięci. Do Caleba dzwoni telefon. To matka, która się o niego martwi. Niestety dla niej, Caleb nie pamięta, co się stało dzień wcześniej. Wydarzenia w magazynie są dla niego stracone. Nie pomoże mu hipnoza ani rebirthing. Chwilę później samochód odjeżdża. To jedyne pożegnanie, na jakie Neksus może sobie pozwolić.

W przeciwieństwie do Zebulona czy Johna, Neksus nie ukrywa swojego wyglądu. Czyni go jedynie zupełnie niecharakterystycznym. Tam, gdzie się pojawi, nie zwraca na siebie niczyjej uwagi. Tak się zawsze czuł i teraz uczynił z tego swoją siłę. Być może zrewiduje swoje stanowisko, ale nie widzi tego w przyszłości. Zebulon wyjaśnił mu jednak, że ich postrzeganie nie oznacza, że widzą wszystko od razu. To tak, jak patrzy się na jakiś teren: nie widzi się wszystkiego, skała lub drzewo może zasłonić coś innego. Podobnie jest tutaj.

Jest 20 lutego 2014. Neksus stoi wraz z Zebulonem na ulicy w Kijowie. Są poza postrzeganiem, a co za tym idzie — i zainteresowaniem uczestników walk przeciwników władzy i służb po przeciwnej stronie barykady. Toczy się tu regularna walka. Giną ludzie. Sytuacja jest poważna i grozi czymś poważniejszym. Ma także wpływ na politykę na całym świecie.

— Dlaczego to oglądam? — pyta Neksus. — Domyślam się, że ma to związek z moim wyborem i tym, że mam krew tych ludzi na rękach. Ale po co to oglądam? Zakładam, że to nie forma tortury.

— W jakimś stopniu jest to ponoszenie kosztu swojej decyzji — odpowiada Zebulon. Neksus patrzy na jego szare rogi wyrastające z sinoniebieskiej głowy. Na pomarańczowe tęczówki oczu. — To lekcja, ale nie nauczka. Chcę, byś doświadczył, jak daleko potrafią sięgać konsekwencje podejmowanych decyzji. Kiedy zjawiłeś się w Mauzoleum — mówi Zebulon, przełączając się na czas przeszły, co przychodzi mu z lekkością, do jakiej Neksusowi daleko — wiedziałem, wiedzieliśmy!, że oto trafia się ktoś wyjątkowy. Ale żeby cię nauczyć, muszę pokazać ci rzeczy nieprzyjemne, rzeczy straszne.

— W pewnym sensie to nie ja jestem tym, który poświęcił tych wszystkich ludzi tutaj — mówi Neksus.

— W pewnym sensie — zgadza się Zebulon. — Tak, pozwoliłem ci podjąć tę decyzję i jako taki również noszę jej brzemię, ale dla mnie nie przedstawia ono jednak takiego ciężaru. Oto karma w jednej z bardziej namacalnych postaci. Patrz i chłoń, i ucz się, albowiem drugim razem nie pozwolę ci na taką lekkomyślność.

— Tak jest — odpowiada Neksus i patrzy na obrazy jak z filmu. A jednak to nie film. Ludzie naprawdę giną, a światowa równowaga jest na szali. Neksus chłonie ten widok. Został uruchomiony specjalnie dla niego.

Jest 24 listopada 2013. Patrick Jane zabija gołymi rękami Czerwonego Johna.

 

 

Kraków, 21—29 marca 2014